10.07.2013 r.
Minęło trochę czasu odkąd zamieszkaliśmy w Bristol. Cóż…jeżeli można to nazwać zamieszkaniem. Przywłaszczyliśmy sobie opuszczone mieszkanie. Harry twierdzi, że w takiej okolicy to normalne zachowanie i nikt się do tego nie przyczepi. Mam nadzieję, że się nie myli. Nie chcę ściągać nam nikogo na głowę, nie chcę się wychylać. A przynajmniej nie teraz. Zwłaszcza, że nie wiem jak rozległe są znajomości mojego ojca, ani ile jest w stanie zrobić by sprowadzić mnie do domu.
Jeśli chodzi o Harry’ego…coś się zmieniło. W jego zachowaniu i tym jak mnie traktuje. Zaczął trzymać się na większy dystans niż wcześniej. Nie mogę ukryć…to boli.
Tego wieczoru poszłam do baru, w którym pracuje Harry. Robiło się już ciemno, a ja nie chciałam zostać sama. Bałam się, że ktoś po mnie przyjdzie. Tym bardziej, że od kilku dni odnoszę nieodparte wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Na samą myśl o tym przechodzą mnie ciarki. Nie z przyjemności – jak z Harrym – ale ze strachu. Choć może to tylko moja bujna wyobraźnia, a tej pozwoliłam ostatnio za bardzo się rozkręcić. Zwłaszcza w stosunku do Harry’ego.
W barze o tej porze zaczynało się zwykle schodzić dużo ludzi. Tak było i tym razem. Udało mi się trafić nawet na jakąś kłótnię. Chyba żona próbowała zmusić męża do powrotu do domu.
Biedna – pomyślałam.
-Hej Em! – zawołała mnie Carla.
Moja sąsiadka często tu bywała. Jej chłopak David jest barmanem, a ona sama czasem mu pomaga. Ostatnio się ją spytałam dlaczego tak często tu przesiaduje, pamiętam doskonale jej odpowiedź:
-Przyzwyczaiłam się do tego miejsca. Patrząc na problemy innych ludzi uciekam od swoich własnych. Czuję się dzięki temu lepiej. Poza tym…nienawidzę nudy – dodała na koniec.
Ocknęłam się z tego wspomnienia i podążyłam do stolika zajmowanego przez moją znajomą.
-Już myślałam, że ogłuchłaś – zaśmiała się.
-Aż tak źle ze mną jeszcze nie jest.
W tym samym momencie obok naszego stolika przeszedł Harry.
-Cześć – mruknął jakby od niechcenia.
Odpowiedziałam mu tym samym.
-Co się stało? – spytała Carla.
-Nic, czemu pytasz?
-Nie kłam, widzę.
-Ale co takiego?
Naprawdę nie miałam pojęcia, o co jej chodzi. Jednak szybko mnie oświeciła.
-Ty i Harry – powiedziała jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
-Co my?
-Pokłóciliście się?
-Nie! Skąd ten pomysł? – zaczęłam się śmiać.
-Unikacie się od kilku dni.
Cholera wszyscy to widzą – pomyślałam ze smutkiem.
-Pokłóciliście się? – powtórzyła.
-Nie. Chociaż…niedawno zdarzyło się między nami coś dziwnego i od tego momentu zrobiło się tak jakoś…niezręcznie – powiedziałam patrząc się w dół.
Nie chciałam by poznała jak bardzo mnie to boli. Zaczęłyby się pytania, dlaczego przez to cierpię. Nie chciałabym na to odpowiadać zwłaszcza, że nie do końca wiem jak. Nie rozumiem swojego zachowania. Harry mimo wszystko jest dla mnie obcy, a ja czuję z nim jakąś niewytłumaczalną więź, która najwyraźniej jest jednostronna.
-To między parami są niezręczne momenty?
-Słucham? – miałam wrażenie, że się przesłyszałam – ja i Harry…ty myślałaś, że…? Że my? Razem? Nie! – zaczęłam wyrzucać z siebie słowa w zastraszającym tempie.
-Naprawdę?
-Tak! Skąd ten pomysł?
-Cóż…bo tak to wygląda.
-Dobry żart – zaczęłam się śmiać.
-Ja mówię poważnie!
Spojrzałam na nią wyczekująco. Jakaś część mnie desperacko pragnęła dowiedzieć się dlaczego tak uważa.
-Po prostu…wasza mowa ciała, wszystko to…to jest…nie do opisania – pokręciła głową.
Zagryzła wargę w zamyśleniu próbując dobrać odpowiednie słowa.
-Gdybyś mogła zobaczyć samą siebie. Sprawiasz wrażenie jakbyś była metalem.
-Metalem? – zdziwiłam się.
-Tak! – powiedziała podekscytowana – jesteś jak metal, a on jak magnes. Jeżeli tylko jest w pobliżu wszystkie siły ciągną cię do niego.
Czułam jak moje serce nieznacznie przyspieszyło. Równocześnie z tym poczułam jak czerwone rumieńce wstępują na moją twarz. Carla nie zważając na to, choć w jej oczach widziałam satysfakcję, kontynuowała:
-On też nie jest taki dyskretny jakby myślał. Na każdym kroku na ciebie patrzy! I to nie byle jak, tak od niechcenia, nie! Tego człowieka rozsadzają emocje od środka! Zdradza to za każdym razem jak coś robi.
Jej słowa wydały się takie niesamowite, a jednocześnie tak nierealne.
Emily uspokój się! Nie wolno ci. Nie możesz się nim interesować, to nie jest dobre – słyszałam cichy głos w swojej głowie.
-A jak już macie kontakt wzrokowy to mam ochotę się ulotnić!
-Co? – spytałam. Odbiegłam na krótki moment myślami.
-Jak się na siebie patrzycie to odnoszę wrażenie, że zaraz wysadzicie budynek w powietrze!
Jej słowa mocno mnie rozbawiły.
-Nie śmiej się, mówię poważnie – zmrużyła oczy – tyle w tym uczuć, że każdy przy was jest jak intruz. Tak jakbyście przeżywali jakieś emocjonalne zbliżenie, a reszta była podglądaczami. To takie intymne – zakończyła.
Jej słowa nadal nie do końca do mnie docierały. Ekscytacja sprawiła, że mój mózg zaczął pracować dwa razy intensywniej niż normalnie, a adrenalina niemal ze mnie wychodziła.
-W każdym razie…urządziliście się już? – zmieniła temat jak gdyby nigdy nic.
-Nie do końca. Jest jeszcze sporo do zrobienia.
Tak właśnie było. Na razie udało nam się tylko trochę posprzątać i rozpakować rzeczy do ledwie trzymających się szafek. Nie wiem nawet jak Harry’emu udało załatwić się dostęp do wody. Niczym czarodziej.
Uśmiechnęłam się delikatnie na moje skojarzenie.
Moją rozmowę z Carlą przerwał nieznany mi chłopak, który się do nas dosiadł. Na oko wyglądał na niewiele starszego ode mnie. Było od niego mocno czuć alkoholem. Zmarszczyłam nos. Nienawidziłam pijanych mężczyzn.
-Hej piękne! – wybełkotał – któraś ma ochotę na piwo?
-Bezalkoholowy wieczór – próbowała spławić go Carla.
-Nie pijące? Nie wierzę! Piwko na rozluźnienie zawsze się przyda, mam rację? – spojrzał w moim kierunku. Wyszczerzył się do mnie w uśmiechu, a po chwili oblizał usta.
Wzdrygnęłam się widząc to. Niby nic, a jednak…pijany facet…kto wie co chodzi mu po głowie?
-Tylko jedno piwo – namawiał nas.
-Nie i nie potrzebujemy towarzystwa – próbowałam się postawić.
Pierwszy raz w życiu zrobiłam coś takiego. Byłam jednocześnie przerażona swoją śmiałością i podekscytowana, że powiedziałam to, co chciałam.
Chłopak zmrużył oczy i wymruczał coś niewyraźnie pod nosem. Wolałam nie dochodzić do tego, co to było.
Szukałam wzrokiem Harry’ego albo Davida, ale nie umiałam ich znaleźć. Pewnie oboje byli na zapleczu.
-Jesteś pewna? – warknął.
Przestraszyłam się go w tamtym momencie, ale wtedy ktoś chwycił go za ramię. Chłopak obrócił się gwałtownie gotowy do ciosu i zobaczył nad sobą Harry’ego.
-Nie radzę – warknął brunet.
Jednak ten nachalny typ nie chciał odpuścić.
-Prowadzę rozmowę – starał się zabrzmieć przekonująco.
-W takim razie obawiam się, że będziesz musiał ją przerwać.
-Bo ty mi każesz? – zadrwił.
-Bingo – odparł Harry, a na jego twarzy pojawił się agresywny uśmiech.
-Daj sobie spokój – odepchnął go chłopak.
Zielonooki zdenerwował się i podniósł go na równe nogi.
-Daj im spokój, jasne? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Jego ręce niebezpiecznie się zaciskały na ramionach tamtego. Chłopak syknął z bólu i wymruczał coś na kształt „jesteś nienormalny”/
-Zostawisz je? – spytał Harry. Choć tak naprawdę zabrzmiało to jak rozkaz.
-Tak – poddał się tamten.
Brunet go puścił i popchnął w przeciwnym kierunku sali.
-Dzięki – powiedziałam lekko skołowana tym, co widziałam.
-Nie ma sprawy. Jakby się naprzykrzał daj znać – powiedział unikając mojego spojrzenia.
Biorąc pod uwagę to co mówiła mi wcześniej Carla bardzo żałowałam, że na mnie nie spojrzał. Chciałam móc się przekonać czy ma rację.
*
Około pierwszej w nocy postanowiłam wrócić do „domu”. Nie byłam w nastroju żeby siedzieć w barze. Tym bardziej, że Harry umiejętnie unikał mnie cały wieczór.
Skręciłam jak zwykle w boczną uliczkę i usłyszałam jak ktoś uderza w śmietnik i przewraca go z hukiem. Ten ktoś przeklął pod nosem i poznałam ten głos. Ten sam pijany chłopak, co przystawiał się do mnie i Carli w barze. Dyskretnie się obróciłam żeby się upewnić, że to on. Tak, to on.
Przyspieszyłam i usłyszałam, że on również. Nie mogłam go zaprowadzić za sobą do mieszkania. Postanowiłam skręcić w boczną uliczkę…i to był błąd. Trafiłam w ślepy zaułek. Obróciłam się w kierunku, z którego przyszłam, ale on już tam stał.
-Ślepa uliczka – zaśmiał się.
Przełknęłam głośno ślinę. Rozglądałam się nerwowo czy nie ma jakichś schodów…czegokolwiek! Ale nie było. Zostałam sama, a jedyna droga ucieczki była przez niego blokowana.
Zbliżał się do mnie powoli pewny swojego. Powinnam była podjąć próbę ucieczki, próbować się obronić, zmusić się do jakiegokolwiek działania, ale nie umiałam! Stałam cała sparaliżowana ze strachu. I wtedy znowu zostałam uratowana. Harry wyłonił się zza rogu i podbiegł do nas. Odciągnął ode mnie chłopaka i przytrzymał go.
-Ostrzegałem cię – warknął.
Odepchnął go przez co tamten upadł. Brunet na nic nie czekając kopnął go w brzuch.
Zatkałam dłonią usta by nie krzyknąć. Ta scena mnie przeraziła. Harry nie zważając na moją obecność kontynuował swoje działania. Po chwili podniósł chłopaka do pionu i przycisnął do muru.
-Tylko ją tknij! – syknął i przyparł go do muru bardziej. Widziałam przerażenie w oczach jego przeciwnika, a właściwie ofiary.
-Zrozumiałeś?! – krzyknął coraz bardziej zdenerwowany.
Czułam jak złość w nim narasta. Bałam się tego co może mu zrobić.
-Jeszcze raz się do niej zbliżysz, a wyrwę ci serce i wepchnę do gardła – ton jego głosu był taki…zły. Jakby wstąpiło w niego zwierzę.
Po tych słowach brunet puścił chłopaka choć widać było, że nie był do końca usatysfakcjonowany. Tamten od razu uciekł. Harry szybko odwrócił się w moim kierunku.
-Wszystko w porządku? – spytał z troską w głosie.
Jego nagła zmiana była niepokojąca.
-T-tak – wyjąkałam – myślę, że tak.
-Wracamy do domu – powiedział stanowczo.
Złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku domu. Gdy znaleźliśmy się w środku nadal nie puszczał mojej dłoni. Oddychał gwałtownie, ta sytuacja mocno na niego wpłynęła.
-Nie musisz wracać do baru? – rozpaczliwie szukałam jakiegokolwiek tematu by odciągnąć jego uwagę od zdarzeń z przed kilku minut.
-Nie, na dzisiaj skończyłem – wyczułam, że jego uścisk stał się mocniejszy.
To trochę bolało, ale postanowiłam się tym nie przejmować.
-I zrobiłem dobrze, gdybym nie wyszedł tamten typ…- nie dokończył, za to znowu wzmocnił swój uścisk.
-Harry…to trochę boli – szepnęłam.
-Co? – spojrzał na moją dłoń i od razu ją puścił – przepraszam – szepnął.
-Nic się nie stało.
-Stało się. Nie ochroniłem cię przed tym facetem!
-Przecież nic mi nie zrobił – próbowałam go uspokoić.
-Ale mógł. Powinienem był mu nie darować. Powinienem był…- nie dokończył.
Pokręcił głową i uderzył pięścią w ścianę.
-Harry…jest coś o czym powinnam wiedzieć? – spytałam cicho.
Zrozumiał od razu. Bałam się, że ma problemy z samokontrolą.
-Nie! Po prostu…nie choć już więcej sama, dobrze? Nie chcę się o ciebie martwić – powiedział łagodnie.
-Ale...
Podszedł do mnie i położył mi palec na ustach dając znak żebym zamilkła.
-Chcę byś była bezpieczna – wyrzucił z siebie na jednym oddechu.
Jego bliskość sprawiła, że zapomniałam o całym świecie. Teraz liczyło się tylko to by spojrzał mi w oczy. Dał mi jeden znak potwierdzający teorię Carli.
Jesteś niesamowicie głupia – usłyszałam cichy głos w swojej głowie.
Twarz chłopaka znalazła się niebezpiecznie blisko mojej szyi.
-Rozumiesz? – szepnął tuż koło mojego ucha.
-Tak.
Powrócił do normalnej pozycji i tym razem spojrzał mi w oczy. Wpatrywałam się w nie przez kilka sekund. Wystarczająco długo by upewnić się, że Carla ma rację.
Chłopak uświadomił sobie jak intymna jest to sytuacja i szybko się odsunął.
-Przepraszam…ja byłem za blisko – pokręcił głową.
-Jak dla mnie za daleko – odważyłam się powiedzieć.
Harry spojrzał się na mnie dziwnie jakby z lekkim niedowierzaniem.
-To, co mówisz…nie powinnaś – próbował nas obu przekonać.
-Dlaczego?
-Bo to nieodpowiedzialne.
-Nieodpowiedzialne? Bo wiem, czego chcę?
-Nie wiesz, czego chcesz.
-Myślę, że wiem lepiej.
-Musisz mi to utrudniać?
-Ale co?
-Bycie tu z tobą! – wyrzucił z siebie.
-Skoro tak bardzo jest ci ciężko to, czemu nie odejdziesz?
-Nie mogę, nie chcę. To brzmi niedorzecznie, ale tak jest.
-To jest równie niedorzeczne jak obrazy w mojej głowie – uśmiechnęłam się mimo wszystko.
Harry również uniósł delikatnie kąciki ust w uśmiechu, ale szybko spoważniał.
-Musimy się opanować.
-Nie chcę – mruknęłam jak małe dziecko.
-Czasem tak jest lepiej.
Podszedł do mnie i przyglądał mi się uważnie. Jego spojrzenie mnie paliło. Czułam jego wzrok na całej sobie.
-Jestem samolubny – mruknął nagle.
-Co?
-Cholerny ze mnie egoista – zaśmiał się choć nie było w tym nic zabawnego – zatrzymuję cię tu przy sobie, a tak naprawdę powinienem był ci kazać odejść.
-Nie chciałabym.
-Zmusiłbym cię. Tak by było dla ciebie lepiej, ale nie…muszę myśleć o sobie.
Jego słowa coraz bardziej mnie niepokoiły. Musiałam go jakoś uciszyć. Zarzuciłam mu szybko ręce na szyję i przywarłam do niego. Przez moment zastygł w bezruchu, ale już po chwili objął mnie i stanowczo do siebie przyciągnął.
-Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo to na mnie działa – zamruczał chowając twarz w moich włosach. – To tak jakby postawić szklankę wody przed spragnionym…przyłożyć mu ją do twarzy, zmusić do dotknięcia, ale nie pozwolić napić.
-A co jeżeli spragniony ma pozwolenie, ale boi się, że to wytwór jego wyobraźni?
-To znaczy, że jest zbyt słaby by podjąć ryzyko.
-A czy ty jesteś słaby?
-Nie.
-To, czemu nie zaryzykujesz?
-Bo nie jesteś szklanką. Nie jesteś przedmiotem – usłyszałam jak się cicho śmieje.
-Ale jesteś spragniony, sam powiedziałeś – zaczęłam.
-To nie znaczy, że musisz robić wszystko bym zechciał to pragnienie ugasić – uciął.
-A co jeżeli szklanka też jest spragniona? – wróciłam do naszego porównania.
-Szklanki nie pragną, one po prostu są.
-I czekają na ruch spragnionego, może też pragną, ale czekają na inicjatywę ze strony pijącego?
Poczułam jak kręci ostrożnie głową.
-Zrób to, na co masz ochotę – zachęciłam go.
Podniósł głowę i spojrzał na mnie.
-Nie zdajesz sobie sprawy jak wiele ryzykujesz.
-Przynajmniej się nie boję.
Chłopak położył dłoń na moim biodrze i delikatnie popchnął mnie w kierunku ściany.
Gdy delikatnie uderzyłam o nią plecami przypomniałam sobie co zrobił z tamtym chłopakiem. Szybko jednak o tym zapomniałam gdy brunet przejechał powoli opuszkami palców po mojej szyi. Wstrzymałam na moment oddech i przymknęłam oczy chcąc zapamiętać tą chwilę jak najlepiej. Poczułam jak jego usta wędrują w kierunku mojego ucha, a potem przenoszą się na policzki, kończąc swą wędrówkę tuż przed moimi ustami. Chłopak oblizał swoje usta sprawiając, że miałam ochotę poczuć jak bardzo miękkie są jego wargi. Po chwili naparł delikatnie swoimi ustami na moje i złożył na nich pocałunek.
JEGO pamiętnik:
Jestem coraz bliżej. Wszystko staje się coraz bardziej niebezpieczne. Ta dziewczyna przyciąga kłopoty jak jakiś magnes. Muszę ją przed tym chronić, ale czy zdołam ją uchronić przed sobą? Coraz bardziej w to wątpię. Muszę się nie zdradzić, mieć ją na oku i pilnować by została na miejscu. Jak mam to zrobić?
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
5. Open to changes
Przemierzaliśmy ulice Bristol mogłoby się zdawać bez sensu. Młodzi ludzie, bez pieniędzy, dachu nad głową, wsparcia i jakichkolwiek perspektyw. Po co ciągle to ciągniemy? Przecież to głupie, prędzej czy później to nas zmęczy i postanowimy wrócić do dawnego życia pełnego apodyktycznych zachowań osób, których nienawidzimy, a powinniśmy kochać. Cóż…przynajmniej w moim wypadku tak jest. Co do Harry’ego…nic nie wiem. Nie mam pojęcia dlaczego jest sam. Czemu to wszystko robi? Jego postawa, zachowanie…on cały jest dla mnie zagadką. Ciekawość z każdą chwilą nabiera na sile, coraz bardziej chcę wiedzieć dlaczego jest w tym miejscu. Jednak boję się spytać. Niby jest dobry, powinnam nabrać do niego zaufania w końcu mi pomaga, ale…nie potrafię. A na pewno nie całkowicie. Z reguły nie ufam ludziom i to z pewnością tak szybko się nie zmieni. Chociaż…może Harry’emu uda się to zmienić?
Odgoniłam od siebie tą wizję. W mojej głowie mogła przybrać romantyczny charakter, a to niebezpieczne. Nie mogę sobie na takie coś pozwolić, nie teraz.
Nie z nim – podpowiadał instynkt.
Było już ciemno, a my znajdowaliśmy się w jednej z gorszych dzielnic. Skąd ten wniosek? Pełno obskurnych barów, brudne ulice, powybijane szyby w oknach…na co dzień nie miałam z tym do czynienia. Zdarzyło się kilka wyjątków i to były całkowite przypadki.
Bałam się tego miejsca. Co chwilę słyszałam głośne śmiechy mężczyzn wychodzących z barów, gdzie nie gdzie w bocznych uliczkach dało się słyszeć charakterystyczne odgłosy jak w czasie bójki. Po drugiej stronie ulicy znajdowali się policjanci wprowadzający jakiegoś mężczyznę do radiowozu. To wszystko budziło we mnie swego rodzaju obrzydzenie. Wiedzieć o takich rzeczach, a widzieć je – choćby przez moment – na własne oczy to dwie zupełnie różne rzeczy.
Harry jakby wyczuwając moje zmieszanie powiedział uspokająco:
-Już cię stąd zabieram.
-Skoro to nie zostajemy, to po co mnie tu ciągnąłeś? – odważyłam się spytać.
-Dowiesz się.
Przełknęłam głośno ślinę ze strachu. Jego słowa w tej atmosferze budziły we mnie strach, którego nie umiałam stłumić.
Uciekłaś od domu, a boisz się zwykłych słów? – zadrwiłam sama z siebie w myślach.
To mnie otrzeźwiło. Zmusiłam się do tego by rozejrzeć się uważnie po ulicy. Szukałam tabliczki z nazwą ulicy. Czemu? Na wszelki wypadek. Gdyby coś się stało muszę wiedzieć gdzie się znajduję.
Zawsze trzeba mieć plan awaryjny – zadźwięczały mi w głowie słowa ojca.
Często to powtarzał, nic dziwnego, że to zapamiętałam.
Cóż…coś wyniosłam z twojej szkoły tato – pomyślałam.
W pewnym momencie Harry niespodziewanie skręcił w jedną z nieoświetlonych uliczek.
W głowie coraz wyraźniej słyszałam pytanie: co on zrobi?
Brunet zaczął wchodzić po schodach służących również jako balkon w jednej ze starych kamienic.
-Idziesz? – spytał.
Pokiwałam głową i podążyłam za nim.
Gdy znajdowaliśmy się na drugim piętrze chłopak otworzył jedno z okien i…po prostu wszedł przez nie do środka.
-Ty tak na poważnie? – spytałam nie mogąc uwierzyć w to co widzę.
-Czemu by nie? – rzucił po prostu.
Powiedział to tak jakby to co robił było najnormalniejszą rzeczą na świecie. To mną wstrząsnęło.
-Nie denerwuj się, nikt tu nie mieszka – zapewnił mnie.
-Skąd to możesz wiedzieć?
-Może jeszcze ci tego nie mówiłem, ale znam się na takich rzeczach.
-Mówiłeś – mruknęłam.
-W takim razie sama widzisz, że twoje pytanie było bez sensu.
Jego słowa zraniły moje ego jednak starałam się nie dać nic po sobie poznać.
-To w takim razie wytłumacz mi, jak zamierzasz nie rzucać się tu w oczy? No i na jak długo mamy tu zostać?
-Tu nie przykujesz niczyjej uwagi. Ludzie są zbyt pijani i zajęci własną tragedią by spojrzeć na innych.
Jego słowa były takie smutne.
-Przeżyłeś kiedyś takie coś? – spytałam cicho.
-Tak – rzucił jak najszybciej się dało. Nie chciał bym wyczuła w nim jakąkolwiek emocje, a jednak mi się tu udało. Jego głos zadrżał i przybrał dziwny ton.
-Przykro mi – nie wiedziałam co więcej mam powiedzieć.
-Nie potrzebnie. Było, minęło.
Odruchowa wyciągnęłam w jego kierunku rękę jednak szybko ją cofnęłam.
-W każdym razie będziemy tu przez jakiś czas – powiedział, starając się by jego ton był obojętny.
Chciałam coś powiedzieć, ale gdy tylko otworzyłam usta by to zrobić przerwał mi.
-Nie potrzebuję żadnych rozmów pocieszenia.
Skąd on wiedział, że będę próbowała coś takiego przeprowadzić? – pomyślałam.
-Miałaś zbyt idealne życie, by to zrozumieć – mruknął.
-Słucham? Skąd niby możesz o tym wiedzieć, co?
-To widać! – wybuchł nagle.
Może coś w tym jest?
Był zaskoczony swoim zachowaniem w równym stopniu, co ja. Stałam kilka kroków od niego obserwując co zrobi. Ale on tylko stał i oddychał gwałtownie. Próbował się uspokoić.
-Przepraszam – powiedział nagle – poniosło mnie.
-Nic się nie stało.
-Mogło – szepnął sam do siebie.
Czułam, że nie powinnam była tego usłyszeć. Teraz mój strach wzrósł, ale gdy tylko podniósł na mnie wzrok i nasze oczy się spotkały te wszystkie niechciane emocje…zablokowały się. Nie znikły, ale zablokowały. Byłam świadoma, że gdzieś tam są, ale były tak jakby schowane pod warstwą spokoju. Jeżeli ktokolwiek by mnie spytał co to było, nie byłabym w stanie powiedzieć. To było jak magia. Tak jakby rzucał na mnie czar.
-Przykro mi tylko, że tak łatwo mnie skreślasz. Nawet mnie nie znasz – wypaliłam.
Miał minę jakby chciał powiedzieć: znam cię lepiej niż myślisz.
Zadrżałam na samą myśl o tym.
-Nie skreślam cię. Po prostu to trudne…mówienie o rodzinie. Wiesz, o czym mówię?
-Bardzo dobrze wiem.
Zapanowała cisza, której żadne z nas nie umiało przerwać. Staliśmy i wpatrywaliśmy się w siebie. To nie było tak jak można by pomyśleć „rozumienie się bez słów” to by było śmieszne, nic o sobie nie wiemy. To był ten moment, w którym próbujesz odkryć drugą osobę przez spojrzenie. Co w nim zobaczyłam? Zagubionego chłopaka z widocznym problemem.
Miałam ochotę do niego podejść i pomóc mu, ale nie wiedziałam jak.
Co on we mnie zobaczył? Nie wiem. Mogę się tylko domyślać i chcieć by okazało się to niczym więcej niż tylko domysłem.
W, którymś momencie ziewnęłam.
-Jesteś już zmęczona – stwierdził.
Byłam na siebie wściekłam, że przerwałam to, co się działo między nami.
Zaraz, zaraz…nic się nie działo. Wytwór mojej wyobraźni, nic więcej.
Chłopak przeszukał skromne mieszkanie i znalazł materac, który wyglądał na dosyć solidny w odróżnieniu od większości rzeczy, jakie tu były.
Rozpiął swój śpiwór tak by mógł szczelniej nas okryć.
-Nie będziesz miała nic przeciwko, że będę spał z tobą? – spytał.
-Należy ci się po ostatniej nocy – uśmiechnęłam się.
Odwzajemnił to i położył się na materacu. Poklepał zachęcająco miejsce obok siebie. Mimo wszystko przez moment się zawahałam, ale zmęczenie wzięło górę i już po chwili padłam obok niego.
Zdobył u mnie kilka punktów zaufania, za to że mnie nie dotknął. Po prostu leżał obok, trzymał dystans. Mimo tego czułam jego oddech na swojej szyi. Przygryzłam na moment wargę, ale szybko się opamiętałam.
Bądź poważna – skarciłam się w myślach.
Skupiłam swoje myśli na tym co mnie tu sprowadziło. Po chwili poczułam jak po policzkach spływa mi kilka łez. Nabrałam gwałtownie powietrze i po chwili je wypuściłam. Mimo to mój oddech był urywany.
-Coś się stało? – spytał Harry.
Myślałam, że śpi. Gdy usłyszałam jego głos, aż podskoczyłam.
-Nie – wyjąkałam nie pewnie.
Zaraz potem zdenerwowałam się, że pokazuję mu swoją bezbronność.
Chciał coś powiedzieć, ale nagle usłyszeliśmy jak coś strzaskało się na balkonie na zewnątrz.
-Co to było? – spanikowałam.
-Pójdę sprawdzić.
Chłopak wstał i gdy już miał wyjść przez okno, zawołałam:
-Harry!
-Tak?
-W razie czego…uważaj, dobrze?
Uśmiechnął się delikatnie i pokiwał głową. Zaraz potem przybrał zacięty wyraz twarzy i wyszedł na zewnątrz. Trzęsłam się na materacu nie wiedząc, co się dzieje poza mieszkaniem.
Bałam się, że mój ojciec mnie odnalazł. Próbowałam przekonać samą siebie, że to niemożliwe.
Po kilku minutach Harry wrócił.
-Jakiś pijak wracał do domu – wzruszył ramionami.
-Na pewno?
-A kto inny mógłby to być? – zmrużył oczy.
-Nikt – powiedziałam zbyt szybko.
Nie uwierzył mi. Posłał mi spojrzenie mówiące wyraźnie: wrócimy do tego tematu.
Położył się obok mnie i szepnął:
-Tu jest bezpiecznie. Uwierz mi.
-Wierzę – odpowiedziałam.
-To dobrze, a teraz już śpij – skończył naszą rozmowę.
03.07.2013r.
Obudziły mnie promienie słońca dostające się do środka przez okno. Poklepałam miejsce obok siebie, ale Harry’ego nie było.
-Szukasz kogoś? – usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam się gwałtownie w tamtym kierunku. Harry stał oparty o szafkę z dwiema kubkami – podejrzewałam kawy – w dłoniach.
-Tak, ciebie.
-Znalazłaś – uśmiechnął się.
Wyczuwałam, że jest w dobrym humorze. W równie dobrym, co w momencie gdy się poznaliśmy.
-Wiesz…wszystko fajnie i w ogóle, ale jak ty właściwie zamierasz przeżyć? – zadałam pytanie, które nurtowało mnie odkąd przybyliśmy do Bristol.
-A jak ty zamierzałaś przeżyć?
-Pewnie znalazłabym pracę.
-No to masz odpowiedź. Wtopimy się w tłum, tutaj łatwo.
-Myślisz, że aż tak?
-Jeśli tylko się postaramy.
-Zaczynamy od teraz?
-Nie ma na co czekać.
-Ale co mamy robić? To wszystko jest takie nowe i dziwne.
-Zaczniemy od pójścia do baru.
-Serio? Ambitny masz plan – mruknęłam.
-Nie chcę się upijać. Muszę rozeznać co i jak, rozumiesz?
Spuściłam głowę, nie bardzo mając ochotę odpowiadać.
Przypomniało mi się gdy tata pojechał zająć się naszym „rodzinnym biznesem”. Miał się tylko rozeznać, a wrócił upity. Talerze leciały, a jego „robale od brudnej roboty” – jak często mawiał – ucierpiały. A kto musiał to wszystko oglądać? Ja.
-Rozumiesz? – powtórzył.
Gdy nadal nic nie odpowiedziałam uniósł mój podbródek i zmusił do tego bym na niego spojrzała. Wytrzymałam jego spojrzenie i powstrzymałam łzy, które napływały mi do oczu.
-Coś nie tak? – spytał zdezorientowany.
-Nie. Tylko przypomniało mi się coś…coś przykrego.
-Zostaw to za sobą – poradził.
A co jeżeli nie potrafię?
-Nie truj się tym – dodał.
Puścił mnie i podszedł do okna.
-Wychodzisz czy zostajesz?
Mruknęłam tylko żeby dał mi kilka minut na przywrócenie się do porządku. Szybko się przebrałam w coś wygodnego i wyszłam za nim.
Zeszliśmy po schodach i wyszliśmy na główną ulicę. Tą samą, którą przyszliśmy. Teraz w ciągu dnia wyglądała o wiele żałośniej niż w nocy. Mniej strasznie, ale o wiele nędzniej.
Przeszliśmy kilka kroków i znaleźliśmy się pod barem. Na szyldzie pisało „Dark hop”.
-Zachęcające – mruknęłam.
-Nie narzekaj – skarcił mnie brunet.
Gdy tylko weszliśmy do środka w moje nozdrza uderzył zapach alkoholu. Przy ścianie siedziało kilku mężczyzn, którzy głośno się śmiali opowiadając sprośne żarty. To wszystko bardzo mi się nie podobało.
Na szczęście przy barze dostrzegłam jedną kobietę. Na oko była przed trzydziestką. Kłóciła się o coś z barmanem. Gdy mężczyzna dostrzegł mnie i Harry’ego w barze uciął rozmowę z kobietą i uśmiechnął się do nas.
-Coś podać? – spytał.
Wyczuwałam jego zainteresowanie nami. Pewnie przychodziły tutaj same „znane twarze”.
Przewidziałeś to Harry? – pomyślałam.
Brunet mimo obrotu sprawy – byłam pewna, że miał te same odczucia, co ja – pozostawał niewzruszony i w dalszym ciągu pewny siebie.
-Na razie nie. Chciałbym się tylko spytać o parę rzeczy.
-Zamieniam się w słuch.
-Nie znalazłaby się tutaj jakaś praca?
Ze wszystkich pytań jakie przychodziły mi do głowy – pytań, które mógłby według mnie zadać – żadne nie było właśnie tym. Wydawał mi się na to zbyt dumny.
-Mamy mało klientów.
-W ciągu dnia, ale wieczorem jest zupełnie inaczej, prawda?
Barman się zaśmiał i powiedział:
-Sprawdzałem cię. Masz pracę.
Uścisnęli sobie dłonie i zaczęli się śmiać. To było takie normalne. Kto by pomyślał, że ten uśmiechnięty chłopak może mieć takie dziwne życie.
-Od czego zacznę?
-Może powiem tak…tu trzeba robić wszystko.
Chłopak pokiwał głową.
-Ile mogę zarobić?
-5 funtów na godzinę.
-To mniej niż najniższa stawka – zauważył.
-Życie – wzruszył ramionami – ja też nie zarabiam tyle ile bym chciał.
-Jesteś właścicielem.
-Chciałbym. Jestem David.
-Harry. A to Emily.
Skinęłam w jego kierunku nieśmiało głową.
-Fajnie was poznać. To jest Carla – wskazał głową na kobietę, z którą wcześniej się kłócił.
-Jego dziewczyna – dodała kobieta.
-Nie widziałem was wcześniej – zignorował ją David.
-Przenieśliśmy się tu niedawno.
-Skąd?
-Z Manchesteru – odpowiedział szybko.
-Daleko.
-Ale lepiej.
-Pomieszkasz tutaj trochę to zmienisz zdanie.
Zadziwiało mnie to, że mimo pewnej goryczy w jego głosie nadal pozostawał uśmiechnięty.
-To się okaże.
-Gdzie mieszkacie?
-Budynek przy końcu ulicy. Kilka kroków stąd.
-Żartujesz, prawda?
-Ani trochę. Coś nie tak z tym miejscem?
-Tu z każdym miejscem jest coś nie tak. Ale nie…po prostu my też tam mieszkamy.
-W takim razie dobrze wiedzieć, kogo ma się za sąsiadów.
-Taa…nie widziałem was wcześniej.
-Wczoraj wieczorem się przenieśliśmy.
David nie kontynuował tej rozmowy. Może jednak Harry wiedział jakie miejsce wybrać?
-Dla mnie też się znajdzie jakaś praca? – spytałam.
-W barze raczej nie. Przynajmniej nie na pełen etat.
-Tak. Będziesz tak jak ja…przychodziła wtedy, kiedy będą potrzebować więcej rąk do pracy – mruknęła Carla.
Dobre i to na początek.
Posiedzieliśmy z nimi jeszcze chwilę i wróciliśmy do „naszego mieszkania”.
-Powinniśmy wchodzić przez drzwi…żeby nie wzbudzać podejrzeń – zauważyłam.
-Załatwię to.
Ciągle zaskakiwał mnie tym jak bardzo zaradny jest. Nic dla niego nie stanowi problemu, na wszystko znajdzie jakiś sposób.
-Trzeba będzie tu posprzątać – rozejrzał się po mieszkaniu – w końcu teraz to tak jakby nasz dom.
-To jest miejsce na stałe, prawda? Koniec podróży. Tu zostajemy? – spytałam cicho.
Oparłam się o jakąś szafkę czekając na jego odpowiedź.
-Tak.
Zagryzłam wargę i pokiwałam głową. Chłopak widząc, że mam mieszane uczucia podszedł do mnie. Położył swoją rękę niedaleko mojej i przysunął się tak by móc szepnąć mi tuż przy uchu:
-Otwórz się na zmiany – poprosił.
Mój oddech przyspieszył. Jego bliskość za bardzo na mnie działała.
Odsunął się ode mnie nagle i spojrzał mi w oczy.
-Otwórz się na zmiany, a spotka cię coś dobrego – uśmiechnął się delikatnie.
Nie byłam w stanie tego odwzajemnić. Byłam za bardzo skołowana całą sytuacją.
Chłopak zmienił pozycję i umiejscowił swoje ręce po moich obu stronach. Uniemożliwił mi tym drogę ucieczki. Zbliżył swoją twarz do mojej tak, że dzieliło nas tylko kilka centymetrów.
Mogłam poczuć jego oddech na swojej twarzy. Miałam ochotę przymknąć oczy, ale brakowało mi odwagi. Nie chciałam tracić go z pola widzenia.
-Zrobisz tak? – spytał.
-Tak – wybełkotałam.
Chłopak uświadomił sobie jak jego bliskość na mnie działa, więc się odsunął. Moje serce automatycznie się uspokoiło, jakby w proteście. Niechcący westchnęłam z rozczarowaniem.
Harry nie krył swojego zdziwienia. W jego spojrzeniu czaił się głód, jakaś dzika żądza. Nie przestraszyło mnie to. Jednak jego chyba tak. Potrząsnął głową na boki jakby chciał to wyrzucić. Cokolwiek to było.
JEGO pamiętnik:
Tej nocy było niebezpiecznie. Zastanawiałem się czy nie skończyć z ukrywaniem się i zaciągnąć ją z powrotem do domu. Nie wyszło. Czemu? Bo ten facet mi przeszkodził. Może to i lepiej. Ciągle powtarzam w myślach, że muszę być cierpliwy, ale w praktyce nie wychodzi mi to. Muszę trzymać się na dystans, ale ona…pragnę jej. Nie powinienem. Jest tylko celem, który należy zdobyć i dostarczyć. Jednak czuję to coraz bardziej. Jeżeli nie zadziałam będę chciał, aby była wolna. A wtedy słono za to zapłacę. Z drugiej strony…pośpiech niszczy najdoskonalsze plany.
Na dodatek mam kolejne zmartwienie. Ten facet…wczoraj w nocy mogło dojść do bójki, ale się wycofał. Zgubiłem go. Następnym razem nie będzie miał tyle szczęścia.
Odgoniłam od siebie tą wizję. W mojej głowie mogła przybrać romantyczny charakter, a to niebezpieczne. Nie mogę sobie na takie coś pozwolić, nie teraz.
Nie z nim – podpowiadał instynkt.
Było już ciemno, a my znajdowaliśmy się w jednej z gorszych dzielnic. Skąd ten wniosek? Pełno obskurnych barów, brudne ulice, powybijane szyby w oknach…na co dzień nie miałam z tym do czynienia. Zdarzyło się kilka wyjątków i to były całkowite przypadki.
Bałam się tego miejsca. Co chwilę słyszałam głośne śmiechy mężczyzn wychodzących z barów, gdzie nie gdzie w bocznych uliczkach dało się słyszeć charakterystyczne odgłosy jak w czasie bójki. Po drugiej stronie ulicy znajdowali się policjanci wprowadzający jakiegoś mężczyznę do radiowozu. To wszystko budziło we mnie swego rodzaju obrzydzenie. Wiedzieć o takich rzeczach, a widzieć je – choćby przez moment – na własne oczy to dwie zupełnie różne rzeczy.
Harry jakby wyczuwając moje zmieszanie powiedział uspokająco:
-Już cię stąd zabieram.
-Skoro to nie zostajemy, to po co mnie tu ciągnąłeś? – odważyłam się spytać.
-Dowiesz się.
Przełknęłam głośno ślinę ze strachu. Jego słowa w tej atmosferze budziły we mnie strach, którego nie umiałam stłumić.
Uciekłaś od domu, a boisz się zwykłych słów? – zadrwiłam sama z siebie w myślach.
To mnie otrzeźwiło. Zmusiłam się do tego by rozejrzeć się uważnie po ulicy. Szukałam tabliczki z nazwą ulicy. Czemu? Na wszelki wypadek. Gdyby coś się stało muszę wiedzieć gdzie się znajduję.
Zawsze trzeba mieć plan awaryjny – zadźwięczały mi w głowie słowa ojca.
Często to powtarzał, nic dziwnego, że to zapamiętałam.
Cóż…coś wyniosłam z twojej szkoły tato – pomyślałam.
W pewnym momencie Harry niespodziewanie skręcił w jedną z nieoświetlonych uliczek.
W głowie coraz wyraźniej słyszałam pytanie: co on zrobi?
Brunet zaczął wchodzić po schodach służących również jako balkon w jednej ze starych kamienic.
-Idziesz? – spytał.
Pokiwałam głową i podążyłam za nim.
Gdy znajdowaliśmy się na drugim piętrze chłopak otworzył jedno z okien i…po prostu wszedł przez nie do środka.
-Ty tak na poważnie? – spytałam nie mogąc uwierzyć w to co widzę.
-Czemu by nie? – rzucił po prostu.
Powiedział to tak jakby to co robił było najnormalniejszą rzeczą na świecie. To mną wstrząsnęło.
-Nie denerwuj się, nikt tu nie mieszka – zapewnił mnie.
-Skąd to możesz wiedzieć?
-Może jeszcze ci tego nie mówiłem, ale znam się na takich rzeczach.
-Mówiłeś – mruknęłam.
-W takim razie sama widzisz, że twoje pytanie było bez sensu.
Jego słowa zraniły moje ego jednak starałam się nie dać nic po sobie poznać.
-To w takim razie wytłumacz mi, jak zamierzasz nie rzucać się tu w oczy? No i na jak długo mamy tu zostać?
-Tu nie przykujesz niczyjej uwagi. Ludzie są zbyt pijani i zajęci własną tragedią by spojrzeć na innych.
Jego słowa były takie smutne.
-Przeżyłeś kiedyś takie coś? – spytałam cicho.
-Tak – rzucił jak najszybciej się dało. Nie chciał bym wyczuła w nim jakąkolwiek emocje, a jednak mi się tu udało. Jego głos zadrżał i przybrał dziwny ton.
-Przykro mi – nie wiedziałam co więcej mam powiedzieć.
-Nie potrzebnie. Było, minęło.
Odruchowa wyciągnęłam w jego kierunku rękę jednak szybko ją cofnęłam.
-W każdym razie będziemy tu przez jakiś czas – powiedział, starając się by jego ton był obojętny.
Chciałam coś powiedzieć, ale gdy tylko otworzyłam usta by to zrobić przerwał mi.
-Nie potrzebuję żadnych rozmów pocieszenia.
Skąd on wiedział, że będę próbowała coś takiego przeprowadzić? – pomyślałam.
-Miałaś zbyt idealne życie, by to zrozumieć – mruknął.
-Słucham? Skąd niby możesz o tym wiedzieć, co?
-To widać! – wybuchł nagle.
Może coś w tym jest?
Był zaskoczony swoim zachowaniem w równym stopniu, co ja. Stałam kilka kroków od niego obserwując co zrobi. Ale on tylko stał i oddychał gwałtownie. Próbował się uspokoić.
-Przepraszam – powiedział nagle – poniosło mnie.
-Nic się nie stało.
-Mogło – szepnął sam do siebie.
Czułam, że nie powinnam była tego usłyszeć. Teraz mój strach wzrósł, ale gdy tylko podniósł na mnie wzrok i nasze oczy się spotkały te wszystkie niechciane emocje…zablokowały się. Nie znikły, ale zablokowały. Byłam świadoma, że gdzieś tam są, ale były tak jakby schowane pod warstwą spokoju. Jeżeli ktokolwiek by mnie spytał co to było, nie byłabym w stanie powiedzieć. To było jak magia. Tak jakby rzucał na mnie czar.
-Przykro mi tylko, że tak łatwo mnie skreślasz. Nawet mnie nie znasz – wypaliłam.
Miał minę jakby chciał powiedzieć: znam cię lepiej niż myślisz.
Zadrżałam na samą myśl o tym.
-Nie skreślam cię. Po prostu to trudne…mówienie o rodzinie. Wiesz, o czym mówię?
-Bardzo dobrze wiem.
Zapanowała cisza, której żadne z nas nie umiało przerwać. Staliśmy i wpatrywaliśmy się w siebie. To nie było tak jak można by pomyśleć „rozumienie się bez słów” to by było śmieszne, nic o sobie nie wiemy. To był ten moment, w którym próbujesz odkryć drugą osobę przez spojrzenie. Co w nim zobaczyłam? Zagubionego chłopaka z widocznym problemem.
Miałam ochotę do niego podejść i pomóc mu, ale nie wiedziałam jak.
Co on we mnie zobaczył? Nie wiem. Mogę się tylko domyślać i chcieć by okazało się to niczym więcej niż tylko domysłem.
W, którymś momencie ziewnęłam.
-Jesteś już zmęczona – stwierdził.
Byłam na siebie wściekłam, że przerwałam to, co się działo między nami.
Zaraz, zaraz…nic się nie działo. Wytwór mojej wyobraźni, nic więcej.
Chłopak przeszukał skromne mieszkanie i znalazł materac, który wyglądał na dosyć solidny w odróżnieniu od większości rzeczy, jakie tu były.
Rozpiął swój śpiwór tak by mógł szczelniej nas okryć.
-Nie będziesz miała nic przeciwko, że będę spał z tobą? – spytał.
-Należy ci się po ostatniej nocy – uśmiechnęłam się.
Odwzajemnił to i położył się na materacu. Poklepał zachęcająco miejsce obok siebie. Mimo wszystko przez moment się zawahałam, ale zmęczenie wzięło górę i już po chwili padłam obok niego.
Zdobył u mnie kilka punktów zaufania, za to że mnie nie dotknął. Po prostu leżał obok, trzymał dystans. Mimo tego czułam jego oddech na swojej szyi. Przygryzłam na moment wargę, ale szybko się opamiętałam.
Bądź poważna – skarciłam się w myślach.
Skupiłam swoje myśli na tym co mnie tu sprowadziło. Po chwili poczułam jak po policzkach spływa mi kilka łez. Nabrałam gwałtownie powietrze i po chwili je wypuściłam. Mimo to mój oddech był urywany.
-Coś się stało? – spytał Harry.
Myślałam, że śpi. Gdy usłyszałam jego głos, aż podskoczyłam.
-Nie – wyjąkałam nie pewnie.
Zaraz potem zdenerwowałam się, że pokazuję mu swoją bezbronność.
Chciał coś powiedzieć, ale nagle usłyszeliśmy jak coś strzaskało się na balkonie na zewnątrz.
-Co to było? – spanikowałam.
-Pójdę sprawdzić.
Chłopak wstał i gdy już miał wyjść przez okno, zawołałam:
-Harry!
-Tak?
-W razie czego…uważaj, dobrze?
Uśmiechnął się delikatnie i pokiwał głową. Zaraz potem przybrał zacięty wyraz twarzy i wyszedł na zewnątrz. Trzęsłam się na materacu nie wiedząc, co się dzieje poza mieszkaniem.
Bałam się, że mój ojciec mnie odnalazł. Próbowałam przekonać samą siebie, że to niemożliwe.
Po kilku minutach Harry wrócił.
-Jakiś pijak wracał do domu – wzruszył ramionami.
-Na pewno?
-A kto inny mógłby to być? – zmrużył oczy.
-Nikt – powiedziałam zbyt szybko.
Nie uwierzył mi. Posłał mi spojrzenie mówiące wyraźnie: wrócimy do tego tematu.
Położył się obok mnie i szepnął:
-Tu jest bezpiecznie. Uwierz mi.
-Wierzę – odpowiedziałam.
-To dobrze, a teraz już śpij – skończył naszą rozmowę.
03.07.2013r.
Obudziły mnie promienie słońca dostające się do środka przez okno. Poklepałam miejsce obok siebie, ale Harry’ego nie było.
-Szukasz kogoś? – usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam się gwałtownie w tamtym kierunku. Harry stał oparty o szafkę z dwiema kubkami – podejrzewałam kawy – w dłoniach.
-Tak, ciebie.
-Znalazłaś – uśmiechnął się.
Wyczuwałam, że jest w dobrym humorze. W równie dobrym, co w momencie gdy się poznaliśmy.
-Wiesz…wszystko fajnie i w ogóle, ale jak ty właściwie zamierasz przeżyć? – zadałam pytanie, które nurtowało mnie odkąd przybyliśmy do Bristol.
-A jak ty zamierzałaś przeżyć?
-Pewnie znalazłabym pracę.
-No to masz odpowiedź. Wtopimy się w tłum, tutaj łatwo.
-Myślisz, że aż tak?
-Jeśli tylko się postaramy.
-Zaczynamy od teraz?
-Nie ma na co czekać.
-Ale co mamy robić? To wszystko jest takie nowe i dziwne.
-Zaczniemy od pójścia do baru.
-Serio? Ambitny masz plan – mruknęłam.
-Nie chcę się upijać. Muszę rozeznać co i jak, rozumiesz?
Spuściłam głowę, nie bardzo mając ochotę odpowiadać.
Przypomniało mi się gdy tata pojechał zająć się naszym „rodzinnym biznesem”. Miał się tylko rozeznać, a wrócił upity. Talerze leciały, a jego „robale od brudnej roboty” – jak często mawiał – ucierpiały. A kto musiał to wszystko oglądać? Ja.
-Rozumiesz? – powtórzył.
Gdy nadal nic nie odpowiedziałam uniósł mój podbródek i zmusił do tego bym na niego spojrzała. Wytrzymałam jego spojrzenie i powstrzymałam łzy, które napływały mi do oczu.
-Coś nie tak? – spytał zdezorientowany.
-Nie. Tylko przypomniało mi się coś…coś przykrego.
-Zostaw to za sobą – poradził.
A co jeżeli nie potrafię?
-Nie truj się tym – dodał.
Puścił mnie i podszedł do okna.
-Wychodzisz czy zostajesz?
Mruknęłam tylko żeby dał mi kilka minut na przywrócenie się do porządku. Szybko się przebrałam w coś wygodnego i wyszłam za nim.
Zeszliśmy po schodach i wyszliśmy na główną ulicę. Tą samą, którą przyszliśmy. Teraz w ciągu dnia wyglądała o wiele żałośniej niż w nocy. Mniej strasznie, ale o wiele nędzniej.
Przeszliśmy kilka kroków i znaleźliśmy się pod barem. Na szyldzie pisało „Dark hop”.
-Zachęcające – mruknęłam.
-Nie narzekaj – skarcił mnie brunet.
Gdy tylko weszliśmy do środka w moje nozdrza uderzył zapach alkoholu. Przy ścianie siedziało kilku mężczyzn, którzy głośno się śmiali opowiadając sprośne żarty. To wszystko bardzo mi się nie podobało.
Na szczęście przy barze dostrzegłam jedną kobietę. Na oko była przed trzydziestką. Kłóciła się o coś z barmanem. Gdy mężczyzna dostrzegł mnie i Harry’ego w barze uciął rozmowę z kobietą i uśmiechnął się do nas.
-Coś podać? – spytał.
Wyczuwałam jego zainteresowanie nami. Pewnie przychodziły tutaj same „znane twarze”.
Przewidziałeś to Harry? – pomyślałam.
Brunet mimo obrotu sprawy – byłam pewna, że miał te same odczucia, co ja – pozostawał niewzruszony i w dalszym ciągu pewny siebie.
-Na razie nie. Chciałbym się tylko spytać o parę rzeczy.
-Zamieniam się w słuch.
-Nie znalazłaby się tutaj jakaś praca?
Ze wszystkich pytań jakie przychodziły mi do głowy – pytań, które mógłby według mnie zadać – żadne nie było właśnie tym. Wydawał mi się na to zbyt dumny.
-Mamy mało klientów.
-W ciągu dnia, ale wieczorem jest zupełnie inaczej, prawda?
Barman się zaśmiał i powiedział:
-Sprawdzałem cię. Masz pracę.
Uścisnęli sobie dłonie i zaczęli się śmiać. To było takie normalne. Kto by pomyślał, że ten uśmiechnięty chłopak może mieć takie dziwne życie.
-Od czego zacznę?
-Może powiem tak…tu trzeba robić wszystko.
Chłopak pokiwał głową.
-Ile mogę zarobić?
-5 funtów na godzinę.
-To mniej niż najniższa stawka – zauważył.
-Życie – wzruszył ramionami – ja też nie zarabiam tyle ile bym chciał.
-Jesteś właścicielem.
-Chciałbym. Jestem David.
-Harry. A to Emily.
Skinęłam w jego kierunku nieśmiało głową.
-Fajnie was poznać. To jest Carla – wskazał głową na kobietę, z którą wcześniej się kłócił.
-Jego dziewczyna – dodała kobieta.
-Nie widziałem was wcześniej – zignorował ją David.
-Przenieśliśmy się tu niedawno.
-Skąd?
-Z Manchesteru – odpowiedział szybko.
-Daleko.
-Ale lepiej.
-Pomieszkasz tutaj trochę to zmienisz zdanie.
Zadziwiało mnie to, że mimo pewnej goryczy w jego głosie nadal pozostawał uśmiechnięty.
-To się okaże.
-Gdzie mieszkacie?
-Budynek przy końcu ulicy. Kilka kroków stąd.
-Żartujesz, prawda?
-Ani trochę. Coś nie tak z tym miejscem?
-Tu z każdym miejscem jest coś nie tak. Ale nie…po prostu my też tam mieszkamy.
-W takim razie dobrze wiedzieć, kogo ma się za sąsiadów.
-Taa…nie widziałem was wcześniej.
-Wczoraj wieczorem się przenieśliśmy.
David nie kontynuował tej rozmowy. Może jednak Harry wiedział jakie miejsce wybrać?
-Dla mnie też się znajdzie jakaś praca? – spytałam.
-W barze raczej nie. Przynajmniej nie na pełen etat.
-Tak. Będziesz tak jak ja…przychodziła wtedy, kiedy będą potrzebować więcej rąk do pracy – mruknęła Carla.
Dobre i to na początek.
Posiedzieliśmy z nimi jeszcze chwilę i wróciliśmy do „naszego mieszkania”.
-Powinniśmy wchodzić przez drzwi…żeby nie wzbudzać podejrzeń – zauważyłam.
-Załatwię to.
Ciągle zaskakiwał mnie tym jak bardzo zaradny jest. Nic dla niego nie stanowi problemu, na wszystko znajdzie jakiś sposób.
-Trzeba będzie tu posprzątać – rozejrzał się po mieszkaniu – w końcu teraz to tak jakby nasz dom.
-To jest miejsce na stałe, prawda? Koniec podróży. Tu zostajemy? – spytałam cicho.
Oparłam się o jakąś szafkę czekając na jego odpowiedź.
-Tak.
Zagryzłam wargę i pokiwałam głową. Chłopak widząc, że mam mieszane uczucia podszedł do mnie. Położył swoją rękę niedaleko mojej i przysunął się tak by móc szepnąć mi tuż przy uchu:
-Otwórz się na zmiany – poprosił.
Mój oddech przyspieszył. Jego bliskość za bardzo na mnie działała.
Odsunął się ode mnie nagle i spojrzał mi w oczy.
-Otwórz się na zmiany, a spotka cię coś dobrego – uśmiechnął się delikatnie.
Nie byłam w stanie tego odwzajemnić. Byłam za bardzo skołowana całą sytuacją.
Chłopak zmienił pozycję i umiejscowił swoje ręce po moich obu stronach. Uniemożliwił mi tym drogę ucieczki. Zbliżył swoją twarz do mojej tak, że dzieliło nas tylko kilka centymetrów.
Mogłam poczuć jego oddech na swojej twarzy. Miałam ochotę przymknąć oczy, ale brakowało mi odwagi. Nie chciałam tracić go z pola widzenia.
-Zrobisz tak? – spytał.
-Tak – wybełkotałam.
Chłopak uświadomił sobie jak jego bliskość na mnie działa, więc się odsunął. Moje serce automatycznie się uspokoiło, jakby w proteście. Niechcący westchnęłam z rozczarowaniem.
Harry nie krył swojego zdziwienia. W jego spojrzeniu czaił się głód, jakaś dzika żądza. Nie przestraszyło mnie to. Jednak jego chyba tak. Potrząsnął głową na boki jakby chciał to wyrzucić. Cokolwiek to było.
JEGO pamiętnik:
Tej nocy było niebezpiecznie. Zastanawiałem się czy nie skończyć z ukrywaniem się i zaciągnąć ją z powrotem do domu. Nie wyszło. Czemu? Bo ten facet mi przeszkodził. Może to i lepiej. Ciągle powtarzam w myślach, że muszę być cierpliwy, ale w praktyce nie wychodzi mi to. Muszę trzymać się na dystans, ale ona…pragnę jej. Nie powinienem. Jest tylko celem, który należy zdobyć i dostarczyć. Jednak czuję to coraz bardziej. Jeżeli nie zadziałam będę chciał, aby była wolna. A wtedy słono za to zapłacę. Z drugiej strony…pośpiech niszczy najdoskonalsze plany.
Na dodatek mam kolejne zmartwienie. Ten facet…wczoraj w nocy mogło dojść do bójki, ale się wycofał. Zgubiłem go. Następnym razem nie będzie miał tyle szczęścia.
piątek, 8 sierpnia 2014
4. He could teach me many things
Mijały godziny, a my nadal szliśmy. Gdyby nie ciągły ruch już dawno bym zasnęła. Harry szedł kilka kroków przede mną. Milczący i skupiony. Poruszał się niemal bezszelestnie próbując znaleźć wyjście z lasu.
-Na pewno wiesz, co robisz? – spytałam w końcu.
Chłopak drgnął wytrącony z równowagi moimi słowami.
-Co? – spytał.
-Pytałam czy wiesz, co robisz? Mam wrażenie, że mijaliśmy to miejsce z kilka razy.
-Wydaje ci się.
-Czyżby? Bo myślę, że chodzimy w kółko.
-Jest noc. Wszystko wygląda podobnie jak jest ciemno. Dostrzegasz tylko kształty – powiedział jak do małego dziecka.
-W takim razie ty też – zauważyłam.
-Nie.
-Nie? Tylko tyle mi chcesz powiedzieć?
-Tak.
-To denerwujące.
-Wiem.
Mruknęłam zirytowana jego postawą.
-Moglibyśmy chociaż odpocząć? Jestem zmęczona poza tym rano lepiej się idzie.
Chłopak westchnął z rezygnacją.
-Zgoda – rzucił niechętnie – ale z samego rana wstajemy.
-Niech ci będzie.
Brunet rzucił swoje rzeczy na ziemię i wyciągnął śpiwór.
-Przygotowany jesteś – zagadnęłam.
-Muszę. Nigdy nie wiadomo, co się zdarzy.
-Życie cię często zaskakuje, co?
-Może nie życie, ale coś w tym guście – uśmiechnął się tajemniczo.
W tym uśmiechu było coś dziwnego. Wolałam nie zagłębiać się w tą historię. Przeszukałam plecak i torbę w poszukiwaniu czegoś na czym mogłabym się wyspać.
Nie wzięłaś śpiwora. Brawo Emily.
-Weź mój – powiedział.
-Dam sobie radę.
-Nie kłóć się ze mną. Po prostu go weź.
Nigdy nie musiałam nic od kogoś brać. Ta sytuacja mnie zirytowała, ale grzecznie podziękowałam mu.
Weszłam do śpiwora i podłożyłam sobie plecak pod głowę. Nie było mi zbytnio wygodnie, ale lepsze to niż spanie na samej ziemi.
-A ty gdzie będziesz spał? – spytałam.
-Jak to gdzie? Na ziemi – powiedział jakby to było oczywiste.
-Głupio mi teraz.
-Nie powinno. Śpij już.
-Czemu jesteś dla mnie taki…dobry?
Milczał przez dłuższą chwilę. Czułam, że zagięłam go tym pytaniem.
-Bo tak chcę – odparł w końcu.
-Może ci się odmienić.
-Chyba nie ma takiej siły, która by mnie do tego zmusiła – uśmiechnął się.
Nie bardzo mnie przekonał, ale postanowiłam odpuścić.
-Dobranoc Emily.
-Dobranoc Harry.
Miałam nadzieję, że szybko zasnę, ale niestety tak nie było. Zamiast snu przyszło zimno. Nie byłam przyzwyczajona do takich warunków, zawsze spałam w ciepłej sypialni otulona w pościel. To było coś nowego i zdecydowanie nieprzyjemnego.
Chłopak wstał i usiadł obok mnie. Ściągnął swoją kurtkę i przykrył mnie nią.
Posłałam mu wdzięczny uśmiech, ale zaraz potem pojawiła się troska.
-Nie zmarzniesz?
-Jestem już uodporniony. Poza tym jest lato, nie jest aż tak zimno.
-Dla ciebie może tak.
-Nie jesteś przyzwyczajona do tego, prawda?
-Tak. Rozumiem, że ty tak.
Pokiwał tylko głową.
-Myślałam, że już śpisz – powiedziałam.
-Źle myślałaś.
-Problemy ze snem, czy coś w tym stylu?
-Można powiedzieć.
Znowu uśmiechnął się w ten tajemniczy sposób.
-To znaczy?
-Śpij już – uciął temat.
-Chciałabym wiedzieć.
-Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
-Nie boję się – rzuciłam wyzywająco.
-Powinnaś.
Nachylił się tak by szepnąć mi na ucho:
-Grzeczne dziewczyny łatwo trafiają na zło.
Zadrżałam pod wpływem jego słów. Były przesiąknięte jakąś trudną do rozszyfrowania emocją.
-Skąd wiesz, że jestem grzeczną dziewczyną?
-To widać na pierwszy rzut oka.
Odsunął się ode mnie, a ja zaczerpnęłam gwałtownie powietrza.
-Mam nadzieję, że cię nie przestraszyłem – uśmiechnął się delikatnie.
-Ani trochę – wymamrotałam.
-Miło, że przynajmniej udajesz.
Chłopak przekręcił głowę na bok. Niedługo potem usłyszałam jego miarowy oddech. Zasnął. Po chwili i mnie ogarnęła senność.
Nagle coś się poruszyło w ciemności. Ze strachu podskoczyłam, co obudziło bruneta. A właściwie obudził go ten sam dźwięk co mnie. Rozejrzał się uważnie i powrócił do poprzedniej pozycji.
-To tylko jakieś zwierzę. Śpij – uspokoił mnie.
W mojej głowie panował chaos, ale jego słowa go zmniejszyły. Moje ciało przestało drżeć, a serce bić normalnie.
On stanowczo zbyt mocno na mnie działa – pomyślałam.
*
02.07.2013 r.
-Wstawaj – usłyszałam.
Poruszyłam się i otworzyłam oczy. Harry stał nade mną i czekał aż zrobię to samo. Wyciągnął w moim kierunku rękę, a ja ją przyjęłam. Po chwili stałam już na nogach.
-Jak się spało? – spytał.
-Kiepsko.
-Tak myślałem. Ale nie martw się stawiam, że za jakąś godzinę uda nam się stąd wyjść.
-Aż godzinę? – jęknęłam.
-Na twoim miejscu bym się cieszył.
-Cieszę się, ale jestem głodna.
-Ja też wyobraź sobie.
-Nie pomagasz – mruknęłam.
-Ani ty.
Mimo jego zgryźliwych słów nie byłam na niego zła. Jego ton głosu był na tyle łagodny, że puszczałam to, co mówił mimo uszu.
Byłam zaskoczona gdy po niecałej godzinie wyszliśmy z lasu. Ten chłopak to jakiś jasnowidz, czy jak?
-A nie mówiłem? – uśmiechnął się z zadowoleniem.
Nie odpowiedziałam mu, tylko ruszyłam do przodu. Chłopaka zaskoczyła moja postawa, ale dołączył do mnie i ruszyliśmy w kierunku domków znajdujących się kilka metrów od lasu.
Mieliśmy szczęście, że przed nimi była stacja benzynowa. Udaliśmy się tam.
Weszliśmy do środka i kupiliśmy hot-dogi oraz kawę. Tylko to można było uznać za zdrowy posiłek w tym miejscu.
-Przepraszam bardzo – zwrócił się uprzejmie do sprzedającego Harry – ale zgubiliśmy się i chcielibyśmy wiedzieć, gdzie tak dokładnie jesteśmy?
-W Failand.
-Znajduje się w pobliżu jakieś większe miasto?
-Oczywiście! Bristol jest najbliżej. Jakieś dwie godziny drogi stąd.
-Jest stąd jakiś transport do tego miasta?
-Niestety nie bezpośrednio.
-Rozumiem…no nic dziękuję za informacje.
Chłopak minął mnie i wyszedł na zewnątrz.
-Muszę zadzwonić – powiedział tylko.
Podszedł do budki telefonicznej i wykonał krótki telefon. Widać było, że ta rozmowa go wzburzyła. Wrócił po mnie i rzucił tylko:
-Będziemy szli pieszo.
Pokiwałam głową. Po wczorajszej drodze żadna trasa już mnie chyba nie zmęczy.
-Wiesz co mnie zastanawia? – zaczęłam, gdy byliśmy już z dobre kilkanaście kilometrów od Failand.
-Co takiego?
-Dlaczego nie mogliśmy tam zostać?
-Bo to mała wieś.
-Tak. Idealna do ukrycia!
Chłopak obrócił się raptownie w moim kierunku.
-Chcesz się ukryć? – uniósł jedną brew do góry.
Cholera! I co teraz?! – spanikowałam.
-Mówiłam ci, że chcę uciec od całego świata – wyjąkałam.
Chłopak chyba nie bardzo mi uwierzył, ale odpuścił.
-W każdym razie…dlaczego nie możemy zostać? – powtórzyłam swoje pytanie.
-Bo to nie jest dobre miejsce na zaczynanie wszystkiego od nowa – wyjaśnił spokojnie.
-Dlaczego? – drążyłam.
-W takich miejscach każdy zna każdego. Musiałabyś kłamać, a prędzej czy później potknęłabyś się.
-Umiem kłamać.
-Nie wątpię, ale czasem sama umiejętność to za mało.
-Mówisz jakbyś był ekspertem.
-Kto wie…może jestem?
Wydaje mi się, że powinnam już przywyknąć do jego intrygującego sposobu mówienia…układania zdań tak by wszystko brzmiało niezrozumiale, ale to nadal jest trudne. Za trudne. Ile czasu musiałoby minąć? W sumie to nieważne…nasze drogi rozejdą się do tego czasu.
Tak będzie dla ciebie lepiej – usłyszałam cichy głos w mojej głowie.
-Na dodatek – sprowadził mnie na ziemię głos bruneta – w większych miastach łatwiej się ukryć.
-Czyżby? Na każdego możesz się natknąć…
-Ale jesteś anonimowa. Wtapiasz się w tłum, nie ma szans by ktoś cię rozpoznał. Ludzie mijając cię na ulicy nawet cię nie zauważają, nie obchodzisz ich. A tutaj? Na każdym kroku ktoś by się z tobą witał.
Jego sposób myślenia nie jest głupi. Tak właściwie jest naprawdę mądry…przebiegły.
-Przyznam, że nie myślałam o tym w ten sposób.
-Powinnaś była. Dobra rada…jeżeli chcesz uciec…lub coś w tym stylu najpierw wszystko dokładnie przemyśl, nie idź na żywioł. No ale chyba nie potrzebnie ci o tym mówię. Wiesz o tym prawda?
Zagryzłam wargę.
Ale jestem głupia i niedoświadczona – pomyślałam.
-Nie wiedziałaś? – spytał.
-Nigdy nie musiałam się zastanawiać nad takimi rzeczami – wzruszyłam ramionami.
-Cóż…to wiele wyjaśnia.
-Co niby?
-Twoją postawę, twój sposób myślenia i działania.
-To aż tak bardzo widać?
-To się od razu rzuca w oczy.
Do Bristol dotarliśmy pod wieczór. Nie było tak wielkie jak Londyn, ale z pewnością stanowiło dla mieszkańców pobliskich miast jego odpowiednik.
-To chyba moment żeby się pożegnać – powiedziałam z lekkim smutkiem, co mnie zaskoczyło. Tak samo jego.
-Niekoniecznie.
Spojrzałam na niego pytająco.
-We dwójkę łatwiej przetrwać, poza tym…bez urazy jesteś amatorką w tych sprawach przyda ci się pomoc.
Trudno mi było uwierzyć w to co mówił. Nie znam go, ale nie pasuje mi do niego obraz dobrodusznego chłopaka. A może po prostu nie znam się na ludziach? Tak czy inaczej jego pomysł jest dobry. Myślę, że uda mi się przy nim wiele nauczyć.
JEGO pamiętnik:
To miało być łatwe zadanie, ale jest wręcz przeciwnie. Jest o wiele trudniejsze niż podejrzewałem. Ona jest na wyciągnięcie ręki, a jednak…tak daleko. Na każdym kroku jest okazja by sprowadzić ją do domu, ale to nie może tak wyglądać. Trzeba to rozegrać powoli tak by nikt niczego nie zauważył. Pierwszym krokiem będzie pozbycie się tego natręta, który za nią chodzi…ale to w odpowiednim czasie. Byleby nie udało im się nawiązać kontaktu. Wtedy sprawa może okazać się przegrana.
-Na pewno wiesz, co robisz? – spytałam w końcu.
Chłopak drgnął wytrącony z równowagi moimi słowami.
-Co? – spytał.
-Pytałam czy wiesz, co robisz? Mam wrażenie, że mijaliśmy to miejsce z kilka razy.
-Wydaje ci się.
-Czyżby? Bo myślę, że chodzimy w kółko.
-Jest noc. Wszystko wygląda podobnie jak jest ciemno. Dostrzegasz tylko kształty – powiedział jak do małego dziecka.
-W takim razie ty też – zauważyłam.
-Nie.
-Nie? Tylko tyle mi chcesz powiedzieć?
-Tak.
-To denerwujące.
-Wiem.
Mruknęłam zirytowana jego postawą.
-Moglibyśmy chociaż odpocząć? Jestem zmęczona poza tym rano lepiej się idzie.
Chłopak westchnął z rezygnacją.
-Zgoda – rzucił niechętnie – ale z samego rana wstajemy.
-Niech ci będzie.
Brunet rzucił swoje rzeczy na ziemię i wyciągnął śpiwór.
-Przygotowany jesteś – zagadnęłam.
-Muszę. Nigdy nie wiadomo, co się zdarzy.
-Życie cię często zaskakuje, co?
-Może nie życie, ale coś w tym guście – uśmiechnął się tajemniczo.
W tym uśmiechu było coś dziwnego. Wolałam nie zagłębiać się w tą historię. Przeszukałam plecak i torbę w poszukiwaniu czegoś na czym mogłabym się wyspać.
Nie wzięłaś śpiwora. Brawo Emily.
-Weź mój – powiedział.
-Dam sobie radę.
-Nie kłóć się ze mną. Po prostu go weź.
Nigdy nie musiałam nic od kogoś brać. Ta sytuacja mnie zirytowała, ale grzecznie podziękowałam mu.
Weszłam do śpiwora i podłożyłam sobie plecak pod głowę. Nie było mi zbytnio wygodnie, ale lepsze to niż spanie na samej ziemi.
-A ty gdzie będziesz spał? – spytałam.
-Jak to gdzie? Na ziemi – powiedział jakby to było oczywiste.
-Głupio mi teraz.
-Nie powinno. Śpij już.
-Czemu jesteś dla mnie taki…dobry?
Milczał przez dłuższą chwilę. Czułam, że zagięłam go tym pytaniem.
-Bo tak chcę – odparł w końcu.
-Może ci się odmienić.
-Chyba nie ma takiej siły, która by mnie do tego zmusiła – uśmiechnął się.
Nie bardzo mnie przekonał, ale postanowiłam odpuścić.
-Dobranoc Emily.
-Dobranoc Harry.
Miałam nadzieję, że szybko zasnę, ale niestety tak nie było. Zamiast snu przyszło zimno. Nie byłam przyzwyczajona do takich warunków, zawsze spałam w ciepłej sypialni otulona w pościel. To było coś nowego i zdecydowanie nieprzyjemnego.
Chłopak wstał i usiadł obok mnie. Ściągnął swoją kurtkę i przykrył mnie nią.
Posłałam mu wdzięczny uśmiech, ale zaraz potem pojawiła się troska.
-Nie zmarzniesz?
-Jestem już uodporniony. Poza tym jest lato, nie jest aż tak zimno.
-Dla ciebie może tak.
-Nie jesteś przyzwyczajona do tego, prawda?
-Tak. Rozumiem, że ty tak.
Pokiwał tylko głową.
-Myślałam, że już śpisz – powiedziałam.
-Źle myślałaś.
-Problemy ze snem, czy coś w tym stylu?
-Można powiedzieć.
Znowu uśmiechnął się w ten tajemniczy sposób.
-To znaczy?
-Śpij już – uciął temat.
-Chciałabym wiedzieć.
-Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
-Nie boję się – rzuciłam wyzywająco.
-Powinnaś.
Nachylił się tak by szepnąć mi na ucho:
-Grzeczne dziewczyny łatwo trafiają na zło.
Zadrżałam pod wpływem jego słów. Były przesiąknięte jakąś trudną do rozszyfrowania emocją.
-Skąd wiesz, że jestem grzeczną dziewczyną?
-To widać na pierwszy rzut oka.
Odsunął się ode mnie, a ja zaczerpnęłam gwałtownie powietrza.
-Mam nadzieję, że cię nie przestraszyłem – uśmiechnął się delikatnie.
-Ani trochę – wymamrotałam.
-Miło, że przynajmniej udajesz.
Chłopak przekręcił głowę na bok. Niedługo potem usłyszałam jego miarowy oddech. Zasnął. Po chwili i mnie ogarnęła senność.
Nagle coś się poruszyło w ciemności. Ze strachu podskoczyłam, co obudziło bruneta. A właściwie obudził go ten sam dźwięk co mnie. Rozejrzał się uważnie i powrócił do poprzedniej pozycji.
-To tylko jakieś zwierzę. Śpij – uspokoił mnie.
W mojej głowie panował chaos, ale jego słowa go zmniejszyły. Moje ciało przestało drżeć, a serce bić normalnie.
On stanowczo zbyt mocno na mnie działa – pomyślałam.
*
02.07.2013 r.
-Wstawaj – usłyszałam.
Poruszyłam się i otworzyłam oczy. Harry stał nade mną i czekał aż zrobię to samo. Wyciągnął w moim kierunku rękę, a ja ją przyjęłam. Po chwili stałam już na nogach.
-Jak się spało? – spytał.
-Kiepsko.
-Tak myślałem. Ale nie martw się stawiam, że za jakąś godzinę uda nam się stąd wyjść.
-Aż godzinę? – jęknęłam.
-Na twoim miejscu bym się cieszył.
-Cieszę się, ale jestem głodna.
-Ja też wyobraź sobie.
-Nie pomagasz – mruknęłam.
-Ani ty.
Mimo jego zgryźliwych słów nie byłam na niego zła. Jego ton głosu był na tyle łagodny, że puszczałam to, co mówił mimo uszu.
Byłam zaskoczona gdy po niecałej godzinie wyszliśmy z lasu. Ten chłopak to jakiś jasnowidz, czy jak?
-A nie mówiłem? – uśmiechnął się z zadowoleniem.
Nie odpowiedziałam mu, tylko ruszyłam do przodu. Chłopaka zaskoczyła moja postawa, ale dołączył do mnie i ruszyliśmy w kierunku domków znajdujących się kilka metrów od lasu.
Mieliśmy szczęście, że przed nimi była stacja benzynowa. Udaliśmy się tam.
Weszliśmy do środka i kupiliśmy hot-dogi oraz kawę. Tylko to można było uznać za zdrowy posiłek w tym miejscu.
-Przepraszam bardzo – zwrócił się uprzejmie do sprzedającego Harry – ale zgubiliśmy się i chcielibyśmy wiedzieć, gdzie tak dokładnie jesteśmy?
-W Failand.
-Znajduje się w pobliżu jakieś większe miasto?
-Oczywiście! Bristol jest najbliżej. Jakieś dwie godziny drogi stąd.
-Jest stąd jakiś transport do tego miasta?
-Niestety nie bezpośrednio.
-Rozumiem…no nic dziękuję za informacje.
Chłopak minął mnie i wyszedł na zewnątrz.
-Muszę zadzwonić – powiedział tylko.
Podszedł do budki telefonicznej i wykonał krótki telefon. Widać było, że ta rozmowa go wzburzyła. Wrócił po mnie i rzucił tylko:
-Będziemy szli pieszo.
Pokiwałam głową. Po wczorajszej drodze żadna trasa już mnie chyba nie zmęczy.
-Wiesz co mnie zastanawia? – zaczęłam, gdy byliśmy już z dobre kilkanaście kilometrów od Failand.
-Co takiego?
-Dlaczego nie mogliśmy tam zostać?
-Bo to mała wieś.
-Tak. Idealna do ukrycia!
Chłopak obrócił się raptownie w moim kierunku.
-Chcesz się ukryć? – uniósł jedną brew do góry.
Cholera! I co teraz?! – spanikowałam.
-Mówiłam ci, że chcę uciec od całego świata – wyjąkałam.
Chłopak chyba nie bardzo mi uwierzył, ale odpuścił.
-W każdym razie…dlaczego nie możemy zostać? – powtórzyłam swoje pytanie.
-Bo to nie jest dobre miejsce na zaczynanie wszystkiego od nowa – wyjaśnił spokojnie.
-Dlaczego? – drążyłam.
-W takich miejscach każdy zna każdego. Musiałabyś kłamać, a prędzej czy później potknęłabyś się.
-Umiem kłamać.
-Nie wątpię, ale czasem sama umiejętność to za mało.
-Mówisz jakbyś był ekspertem.
-Kto wie…może jestem?
Wydaje mi się, że powinnam już przywyknąć do jego intrygującego sposobu mówienia…układania zdań tak by wszystko brzmiało niezrozumiale, ale to nadal jest trudne. Za trudne. Ile czasu musiałoby minąć? W sumie to nieważne…nasze drogi rozejdą się do tego czasu.
Tak będzie dla ciebie lepiej – usłyszałam cichy głos w mojej głowie.
-Na dodatek – sprowadził mnie na ziemię głos bruneta – w większych miastach łatwiej się ukryć.
-Czyżby? Na każdego możesz się natknąć…
-Ale jesteś anonimowa. Wtapiasz się w tłum, nie ma szans by ktoś cię rozpoznał. Ludzie mijając cię na ulicy nawet cię nie zauważają, nie obchodzisz ich. A tutaj? Na każdym kroku ktoś by się z tobą witał.
Jego sposób myślenia nie jest głupi. Tak właściwie jest naprawdę mądry…przebiegły.
-Przyznam, że nie myślałam o tym w ten sposób.
-Powinnaś była. Dobra rada…jeżeli chcesz uciec…lub coś w tym stylu najpierw wszystko dokładnie przemyśl, nie idź na żywioł. No ale chyba nie potrzebnie ci o tym mówię. Wiesz o tym prawda?
Zagryzłam wargę.
Ale jestem głupia i niedoświadczona – pomyślałam.
-Nie wiedziałaś? – spytał.
-Nigdy nie musiałam się zastanawiać nad takimi rzeczami – wzruszyłam ramionami.
-Cóż…to wiele wyjaśnia.
-Co niby?
-Twoją postawę, twój sposób myślenia i działania.
-To aż tak bardzo widać?
-To się od razu rzuca w oczy.
Do Bristol dotarliśmy pod wieczór. Nie było tak wielkie jak Londyn, ale z pewnością stanowiło dla mieszkańców pobliskich miast jego odpowiednik.
-To chyba moment żeby się pożegnać – powiedziałam z lekkim smutkiem, co mnie zaskoczyło. Tak samo jego.
-Niekoniecznie.
Spojrzałam na niego pytająco.
-We dwójkę łatwiej przetrwać, poza tym…bez urazy jesteś amatorką w tych sprawach przyda ci się pomoc.
Trudno mi było uwierzyć w to co mówił. Nie znam go, ale nie pasuje mi do niego obraz dobrodusznego chłopaka. A może po prostu nie znam się na ludziach? Tak czy inaczej jego pomysł jest dobry. Myślę, że uda mi się przy nim wiele nauczyć.
JEGO pamiętnik:
To miało być łatwe zadanie, ale jest wręcz przeciwnie. Jest o wiele trudniejsze niż podejrzewałem. Ona jest na wyciągnięcie ręki, a jednak…tak daleko. Na każdym kroku jest okazja by sprowadzić ją do domu, ale to nie może tak wyglądać. Trzeba to rozegrać powoli tak by nikt niczego nie zauważył. Pierwszym krokiem będzie pozbycie się tego natręta, który za nią chodzi…ale to w odpowiednim czasie. Byleby nie udało im się nawiązać kontaktu. Wtedy sprawa może okazać się przegrana.
_________________________________________________________________________________
Jeśli przeczytałeś skomentuj :)
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
3. Train to nowhere
Włóczyłam się bez celu po mieście. Nie miałam pojęcia gdzie mogłabym pójść. Znajomi nie wchodzą w grę, na pewno by zadzwonili do mojego ojca i powiedzieli gdzie jestem. Tak się kończy obracanie w kółku wzajemnej adoracji. Obracanie wśród „rodziny”. Też mi rodzina…słuchają tego, który jest silniejszy i mógłby im więcej odebrać. Zero lojalności wobec bliskich. Jestem pewna, że gdyby zaszła taka konieczność tata wydałby i mnie i Jasona. Właściwie już mnie wydał…w ręce Louisa Tomlinsona. To tak jakbym była więźniem dwóch rodzin, nie chcę tego.
Natrafiłam na jakiś dość obskurny bar. Ze środka dobiegała głośna rockowa muzyka, a na zewnątrz stali dość wstawieni młodzi ludzie.
Nigdy nie mogłam iść się zabawić jak normalna nastolatka – pomyślałam ze smutkiem.
-Hej ty! – usłyszałam.
Obróciłam się w kierunku grupki stojącej przed barem. Jeden z chłopaków stojących z nimi patrzał się na mnie.
-Tak ty, do ciebie mówię! – krzyknął tak bym go usłyszała – Chodź tu.
Nie byłam przekonana co do tego pomysłu.
-Nic ci nie zrobimy – zapewnił.
Co mam do stracenia?
Wstałam z ławki i podeszłam do nich. Oceniłam na ile są wstawieni. Dwie dziewczyny wyglądały na dość trzeźwe, a chłopcy stojący obok również. Jedynie zaniepokoiła mnie wychodząca z baru dziewczyna, która zatoczyła się i prawie upadła gdyby nie interwencja jednego z chłopaków.
-Jestem Sam – przedstawił się chłopak, który wcześniej mnie zawołał.
-Emily – odpowiedziałam po dłuższej chwili i podałam mu rękę.
-Wyglądasz jakbyś się zgubiła.
-Mylne wrażenie.
Sam zmarszczył czoło, w tym samym momencie jedna z dziewczyn stojących obok – ładna, wysoka brunetka – zaśmiała się i powiedziała:
-Ona mi nie wygląda na zgubioną, Sam. A przynajmniej nie tak jak myślisz. Uciekła z domu.
Jak to możliwe, że przypadkowa osoba była w stanie to dostrzec?
-Tak! Jen masz rację! – zawołał Sam – Uciekłaś? – szukał potwierdzenia u mnie.
Pokiwałam głową.
-To trafiłaś w dobre miejsce.
Reszta pokiwała głową.
-My też jesteśmy uciekinierami – zaśmiał się blondyn, który stał razem z nimi – jestem Jamie. Ten rudy obok mnie to Carl, a obok niego Sophie, a ta pijana co właśnie wyszła to Liz.
Przywitałam się z nimi nie bardzo wiedząc, co dalej zrobić.
-Chcesz? – spytał Carl wskazując na piwo.
-Nie, dzięki.
-Jak chcesz, ale ostrzegam, że na trzeźwo trudno znieść ten świat – mówiąc to pociągnął solidny łyk z butelki.
-Stać was na piwo? – spytałam z powątpiewaniem.
-Łapiemy prace dorywcze. Nie jest źle.
-Dobra, lepiej powiedz dlaczego uciekłaś? – rzuciła Jen.
-Apodyktyczny ojciec.
-Częsty problem. Zgaduję, że chcesz opuścić Londyn jak najszybciej?
-Mhm.
-Pomożemy ci.
-Naprawdę? – wykrzyczałam ze szczęścia.
-Naprawdę, nie ma co się męczyć.
Jak powiedzieli tak zrobili. Pomogli mnie. W niecałe pół godziny dostałam się dzięki nim na dworzec. Jen wcisnęła mi do rąk bilet i wepchnęła do jednego z przedziałów.
-Uważaj na siebie – powiedziała na koniec.
-Jakbyś postanowiła wrócić to wiesz gdzie nas szukać – dodał Sam.
-Mam nadzieję, że nie będę musiała. Dzięki wam za wszystko.
Uśmiechnęli się do mnie i pomachali mi. Nie byłam w stanie zrozumieć jak mogli pomóc nieznajomej dziewczynie. Nie wiedzieli czy ich nie okłamuję, czy nie jestem przestępcą lub kimś podobnym. Pomogli mi z własnej, nieprzymuszonej woli. Zakręciła mi się łza w oku, ale szybko się opanowałam.
Emily ty przecież nie płaczesz. Płacz jest dla słabych.
Tak zawsze mówił mi ojciec.
Usiadłam w jednym z wolnych przedziałów i przykryłam się bluzą. Była noc, a w pociągu nie było najcieplej więc musiałam się jakoś ogrzać. Z drugiej strony bałam się, że zasnę, a w takich miejscach przecież łatwo zostać napadniętym.
Po chwili drzwi do przedziału się otworzyły, a do środka wszedł chłopak. Nie taki zwykły chłopak. Idealny chłopak. W każdym calu. Od lekko kręconych ciemnych włosów, przez zielone oczy i pewny siebie uśmiech, po sposób poruszania się. Jeżeli dotąd nie wierzyłam w istnienie aniołów, to teraz wiem, że się myliłam.
-Wolne? – spytał niskim głosem.
Coś we mnie drgnęło na ten dźwięk.
-Ehm…co? – spytałam powoli.
Chłopak zaśmiał się cicho, przez co pojawiły się u niego dołeczki w policzkach. To stanowiło uroczy kontrast z jego hm…niegrzecznym wyglądem.
-Pytałem czy te miejsca są wolne? – powtórzył wolniej.
-Tak, tak. Siadaj.
-Dzięki.
Położył torbę na półce u góry i usiadł naprzeciwko mnie. Przeczesał włosy dłonią i spojrzał przez okno, przygryzł przy tym nieświadomie wargę. Automatycznie zrobiło mi się gorąco.
Emily opanuj się dziewczyno. Nawet go nie znasz. Co jeżeli jest niebezpieczny?
Chłopak zauważył, że mu się przyglądam. Poczułam jak robię się czerwona na twarzy.
-Jestem Harry – wyciągnął w moim kierunku dłoń.
-Emily – odpowiedziałam po chwili wahania.
Uściskałam jego dłoń i poczułam wtedy coś dziwnego. Tak jakby wszystkie siły świata próbowały wykrzyczeć mi prosto w twarz ostrzeżenie: Uciekaj!
-Miło cię poznać Emily – uśmiechnął się.
-Ciebie również.
-Więc…dokąd jedziesz?
Skłam – podpowiadał głos w mojej głowie.
-Właściwie to…nie wiem – powiedziałam zgodnie z prawdą.
Nie wiem czemu, ale chciałam mu zaufać. To bardzo głupie biorąc pod uwagę to, że nie mogę uwolnić się od tych ostrzeżeń, które nieustannie słyszę w głowie.
-A ty? – dodałam szybko.
-Też nie wiem. Tak mówiąc szczerze…chcę uciec – szepnął.
Powinnam była wtedy się wycofać, ale sposób w jaki to powiedział…sprawił, że chciałam przyjrzeć się mu bliżej.
-Przed czym?
-Przed codziennością – uśmiechnął się smutno.
-Rozumiem cię.
-Naprawdę?
-Tak. Tyle, że ja chcę uciec przed całym światem.
-To może być trudne.
-To jest trudne – poprawiłam go – ale nie nieosiągalne.
-Mów dalej. Zaintrygowałaś mnie.
-Nie wiem co mam mówić dalej.
-Czyli…po prostu wierzysz, tak?
-Tak.
-Wiesz, że wiara to za mało?
-Skąd wiesz?
-Przekonałem się na własnej skórze. Tak czy inaczej…pewnie masz się gdzie zatrzymać. Ja nie mam nic.
-Jeżeli nie masz też nikogo to gramy w tej samej drużynie.
Uśmiechnął się do mnie i powiedział:
-W takim razie mam bardzo ładną drużynę.
Poczułam, że rumienię się jeszcze bardziej. Do tej pory byliśmy nachyleni ku sobie, więc wycofałam się z powrotem w głąb siedzenia.
-Przepraszam. To mogło zabrzmieć dziwnie biorąc pod uwagę okoliczności.
-Tak, zabrzmiało to trochę dziwnie.
-Ale tylko trochę?
-Tylko trochę – potwierdziłam śmiejąc się.
Rozmawialiśmy przez jakąś godzinę na niezobowiązujące tematy, gdy w końcu wypalił:
-Wiesz chociaż gdzie ten pociąg jedzie?
O cholera! Nie spytałam ich zanim odjechałam, ale ze mnie idiotka!
-Nie – powiedziałam zawstydzona – a ty wiesz?
-Nie – rzekł z rozbawieniem.
-Nie podoba mi się ten brak informacji.
-Gdziekolwiek teraz nie jesteśmy…jest to daleko od Londynu.
-To pocieszające.
-Tak…chcesz już stąd wyjść?
Pokiwałam niepewnie głową.
-To chodź.
Wstał i chwycił swoją torbę.
-Co ty robisz? – spytałam zdezorientowana.
-Jak to co? Wychodzę.
-Ale pociąg jedzie – dałam nacisk na ostatnie słowo.
-I co z tego? Wysiąść można zawsze.
-Niby jak?
-Pokażę ci.
Nie wiem co mnie wtedy podkusiło, ale…wzięłam swoją torbę oraz plecak i ruszyłam za nim. Chłopak przyłożył palec do ust dając mi znak, że mam być cicho. Zrobiłam tak jak mi kazał. W razie czego umiałam się trochę bić, a w krzyczeniu byłam całkiem niezła.
Doszliśmy do końca przedziału, a Harry…po prostu otworzył drzwi, zarzucił torbę na ramię i stanął na krawędzi.
-Zwariowałeś? – spytałam.
-Nie, jestem jak najbardziej zdrowy. Idziesz ze mną?
-Nie – wycofałam się w kąt.
-No nie bądź taka. Zaufaj mi. Wiem, że to absurdalnie brzmi…w końcu poznaliśmy się przed chwilą, ale zaufaj mi.
Coś w tonie jego głosu kazało mi podać mu rękę. Chwycił ją i pociągnął mnie delikatnie obok siebie.
-Na trzy, ok?
Pokiwałam głową, czując jak serce bije mi coraz szybciej pod wpływem adrenaliny.
-Raz…dwa…trzy!
Skoczył, a ja razem z nim. Mimo, że to były sekundy darłam się jak oszalała. Tak bardzo się bałam. Puściłam jego rękę w locie tak więc bałam się jeszcze bardziej. Po chwili poczułam, że moje stopy dotykają ziemi, a ja jestem w czyichś ramionach.
-Już dobrze? – szepnął.
-Ch…chyba tak – jąkałam się.
Potarł moje ramiona próbując mnie uspokoić.
-Nic ci nie jest – powiedział – idziesz?
-Niby gdzie? Jesteśmy na jakimś pustkowiu!
W istocie tak było. Staliśmy obok torów. Prócz nich były tylko drzewa.
-Jeżeli będziemy tu dalej stać pustkowie nie zniknie – powiedział spokojnie.
Zirytował mnie tymi słowami. Mimo tego wzięłam swoje rzeczy i podeszłam do niego.
-Prowadź – rzuciłam od niechcenia.
-Nie wiem gdzie, ale dobrze mogę prowadzić – uśmiechnął się.
-Chcesz mnie bardziej wystraszyć, prawda?
-Wątpię żeby mi się to udało.
-Dlaczego?
-Wyskoczyłaś w środku nocy z pociągu z nieznajomym. Nie znam bardziej odważnej dziewczyny.
-Albo głupiej – zauważyłam.
-Nie, odważnej.
Chłopak ruszył wolnym krokiem w stronę lasu, ale szarpnęłam go za rękaw.
-Powinnam się ciebie bać, prawda? – spytałam cicho.
-Nie. Uwierz mi…nic ci przy mnie nie grozi.
Nie za bardzo mu uwierzyłam, ale cóż…za głupotę trzeba płacić. W tym wypadku głupota nie jest jakąś błahą sprawą, ale całkowitą nieodpowiedzialnością. On może być kimkolwiek. Nie wiem o nim nic prócz tego co mi powiedział. Mógł kłamać. Całe życie przebywałam w otoczeniu kłamców i nagle nie potrafię rozpoznać czy ktoś jest uczciwy. Nagle potrafię tak łatwo…bez niczego zaufać.
Jesteś głupia Emily – po raz kolejny tego wieczora usłyszałam głos w mojej głowie.
JEGO pamiętnik:
Mój cel? Znaleźć ją i sprowadzić do domu. To może być trudne. Zwłaszcza, że ktoś podąża za nią jak cień i nic o nim nie wiem. Gdy nadejdzie okazja wyeliminuję go. Póki co…niech żyje. Może okazać się przydatny.
Natrafiłam na jakiś dość obskurny bar. Ze środka dobiegała głośna rockowa muzyka, a na zewnątrz stali dość wstawieni młodzi ludzie.
Nigdy nie mogłam iść się zabawić jak normalna nastolatka – pomyślałam ze smutkiem.
-Hej ty! – usłyszałam.
Obróciłam się w kierunku grupki stojącej przed barem. Jeden z chłopaków stojących z nimi patrzał się na mnie.
-Tak ty, do ciebie mówię! – krzyknął tak bym go usłyszała – Chodź tu.
Nie byłam przekonana co do tego pomysłu.
-Nic ci nie zrobimy – zapewnił.
Co mam do stracenia?
Wstałam z ławki i podeszłam do nich. Oceniłam na ile są wstawieni. Dwie dziewczyny wyglądały na dość trzeźwe, a chłopcy stojący obok również. Jedynie zaniepokoiła mnie wychodząca z baru dziewczyna, która zatoczyła się i prawie upadła gdyby nie interwencja jednego z chłopaków.
-Jestem Sam – przedstawił się chłopak, który wcześniej mnie zawołał.
-Emily – odpowiedziałam po dłuższej chwili i podałam mu rękę.
-Wyglądasz jakbyś się zgubiła.
-Mylne wrażenie.
Sam zmarszczył czoło, w tym samym momencie jedna z dziewczyn stojących obok – ładna, wysoka brunetka – zaśmiała się i powiedziała:
-Ona mi nie wygląda na zgubioną, Sam. A przynajmniej nie tak jak myślisz. Uciekła z domu.
Jak to możliwe, że przypadkowa osoba była w stanie to dostrzec?
-Tak! Jen masz rację! – zawołał Sam – Uciekłaś? – szukał potwierdzenia u mnie.
Pokiwałam głową.
-To trafiłaś w dobre miejsce.
Reszta pokiwała głową.
-My też jesteśmy uciekinierami – zaśmiał się blondyn, który stał razem z nimi – jestem Jamie. Ten rudy obok mnie to Carl, a obok niego Sophie, a ta pijana co właśnie wyszła to Liz.
Przywitałam się z nimi nie bardzo wiedząc, co dalej zrobić.
-Chcesz? – spytał Carl wskazując na piwo.
-Nie, dzięki.
-Jak chcesz, ale ostrzegam, że na trzeźwo trudno znieść ten świat – mówiąc to pociągnął solidny łyk z butelki.
-Stać was na piwo? – spytałam z powątpiewaniem.
-Łapiemy prace dorywcze. Nie jest źle.
-Dobra, lepiej powiedz dlaczego uciekłaś? – rzuciła Jen.
-Apodyktyczny ojciec.
-Częsty problem. Zgaduję, że chcesz opuścić Londyn jak najszybciej?
-Mhm.
-Pomożemy ci.
-Naprawdę? – wykrzyczałam ze szczęścia.
-Naprawdę, nie ma co się męczyć.
Jak powiedzieli tak zrobili. Pomogli mnie. W niecałe pół godziny dostałam się dzięki nim na dworzec. Jen wcisnęła mi do rąk bilet i wepchnęła do jednego z przedziałów.
-Uważaj na siebie – powiedziała na koniec.
-Jakbyś postanowiła wrócić to wiesz gdzie nas szukać – dodał Sam.
-Mam nadzieję, że nie będę musiała. Dzięki wam za wszystko.
Uśmiechnęli się do mnie i pomachali mi. Nie byłam w stanie zrozumieć jak mogli pomóc nieznajomej dziewczynie. Nie wiedzieli czy ich nie okłamuję, czy nie jestem przestępcą lub kimś podobnym. Pomogli mi z własnej, nieprzymuszonej woli. Zakręciła mi się łza w oku, ale szybko się opanowałam.
Emily ty przecież nie płaczesz. Płacz jest dla słabych.
Tak zawsze mówił mi ojciec.
Usiadłam w jednym z wolnych przedziałów i przykryłam się bluzą. Była noc, a w pociągu nie było najcieplej więc musiałam się jakoś ogrzać. Z drugiej strony bałam się, że zasnę, a w takich miejscach przecież łatwo zostać napadniętym.
Po chwili drzwi do przedziału się otworzyły, a do środka wszedł chłopak. Nie taki zwykły chłopak. Idealny chłopak. W każdym calu. Od lekko kręconych ciemnych włosów, przez zielone oczy i pewny siebie uśmiech, po sposób poruszania się. Jeżeli dotąd nie wierzyłam w istnienie aniołów, to teraz wiem, że się myliłam.
-Wolne? – spytał niskim głosem.
Coś we mnie drgnęło na ten dźwięk.
-Ehm…co? – spytałam powoli.
Chłopak zaśmiał się cicho, przez co pojawiły się u niego dołeczki w policzkach. To stanowiło uroczy kontrast z jego hm…niegrzecznym wyglądem.
-Pytałem czy te miejsca są wolne? – powtórzył wolniej.
-Tak, tak. Siadaj.
-Dzięki.
Położył torbę na półce u góry i usiadł naprzeciwko mnie. Przeczesał włosy dłonią i spojrzał przez okno, przygryzł przy tym nieświadomie wargę. Automatycznie zrobiło mi się gorąco.
Emily opanuj się dziewczyno. Nawet go nie znasz. Co jeżeli jest niebezpieczny?
Chłopak zauważył, że mu się przyglądam. Poczułam jak robię się czerwona na twarzy.
-Jestem Harry – wyciągnął w moim kierunku dłoń.
-Emily – odpowiedziałam po chwili wahania.
Uściskałam jego dłoń i poczułam wtedy coś dziwnego. Tak jakby wszystkie siły świata próbowały wykrzyczeć mi prosto w twarz ostrzeżenie: Uciekaj!
-Miło cię poznać Emily – uśmiechnął się.
-Ciebie również.
-Więc…dokąd jedziesz?
Skłam – podpowiadał głos w mojej głowie.
-Właściwie to…nie wiem – powiedziałam zgodnie z prawdą.
Nie wiem czemu, ale chciałam mu zaufać. To bardzo głupie biorąc pod uwagę to, że nie mogę uwolnić się od tych ostrzeżeń, które nieustannie słyszę w głowie.
-A ty? – dodałam szybko.
-Też nie wiem. Tak mówiąc szczerze…chcę uciec – szepnął.
Powinnam była wtedy się wycofać, ale sposób w jaki to powiedział…sprawił, że chciałam przyjrzeć się mu bliżej.
-Przed czym?
-Przed codziennością – uśmiechnął się smutno.
-Rozumiem cię.
-Naprawdę?
-Tak. Tyle, że ja chcę uciec przed całym światem.
-To może być trudne.
-To jest trudne – poprawiłam go – ale nie nieosiągalne.
-Mów dalej. Zaintrygowałaś mnie.
-Nie wiem co mam mówić dalej.
-Czyli…po prostu wierzysz, tak?
-Tak.
-Wiesz, że wiara to za mało?
-Skąd wiesz?
-Przekonałem się na własnej skórze. Tak czy inaczej…pewnie masz się gdzie zatrzymać. Ja nie mam nic.
-Jeżeli nie masz też nikogo to gramy w tej samej drużynie.
Uśmiechnął się do mnie i powiedział:
-W takim razie mam bardzo ładną drużynę.
Poczułam, że rumienię się jeszcze bardziej. Do tej pory byliśmy nachyleni ku sobie, więc wycofałam się z powrotem w głąb siedzenia.
-Przepraszam. To mogło zabrzmieć dziwnie biorąc pod uwagę okoliczności.
-Tak, zabrzmiało to trochę dziwnie.
-Ale tylko trochę?
-Tylko trochę – potwierdziłam śmiejąc się.
Rozmawialiśmy przez jakąś godzinę na niezobowiązujące tematy, gdy w końcu wypalił:
-Wiesz chociaż gdzie ten pociąg jedzie?
O cholera! Nie spytałam ich zanim odjechałam, ale ze mnie idiotka!
-Nie – powiedziałam zawstydzona – a ty wiesz?
-Nie – rzekł z rozbawieniem.
-Nie podoba mi się ten brak informacji.
-Gdziekolwiek teraz nie jesteśmy…jest to daleko od Londynu.
-To pocieszające.
-Tak…chcesz już stąd wyjść?
Pokiwałam niepewnie głową.
-To chodź.
Wstał i chwycił swoją torbę.
-Co ty robisz? – spytałam zdezorientowana.
-Jak to co? Wychodzę.
-Ale pociąg jedzie – dałam nacisk na ostatnie słowo.
-I co z tego? Wysiąść można zawsze.
-Niby jak?
-Pokażę ci.
Nie wiem co mnie wtedy podkusiło, ale…wzięłam swoją torbę oraz plecak i ruszyłam za nim. Chłopak przyłożył palec do ust dając mi znak, że mam być cicho. Zrobiłam tak jak mi kazał. W razie czego umiałam się trochę bić, a w krzyczeniu byłam całkiem niezła.
Doszliśmy do końca przedziału, a Harry…po prostu otworzył drzwi, zarzucił torbę na ramię i stanął na krawędzi.
-Zwariowałeś? – spytałam.
-Nie, jestem jak najbardziej zdrowy. Idziesz ze mną?
-Nie – wycofałam się w kąt.
-No nie bądź taka. Zaufaj mi. Wiem, że to absurdalnie brzmi…w końcu poznaliśmy się przed chwilą, ale zaufaj mi.
Coś w tonie jego głosu kazało mi podać mu rękę. Chwycił ją i pociągnął mnie delikatnie obok siebie.
-Na trzy, ok?
Pokiwałam głową, czując jak serce bije mi coraz szybciej pod wpływem adrenaliny.
-Raz…dwa…trzy!
Skoczył, a ja razem z nim. Mimo, że to były sekundy darłam się jak oszalała. Tak bardzo się bałam. Puściłam jego rękę w locie tak więc bałam się jeszcze bardziej. Po chwili poczułam, że moje stopy dotykają ziemi, a ja jestem w czyichś ramionach.
-Już dobrze? – szepnął.
-Ch…chyba tak – jąkałam się.
Potarł moje ramiona próbując mnie uspokoić.
-Nic ci nie jest – powiedział – idziesz?
-Niby gdzie? Jesteśmy na jakimś pustkowiu!
W istocie tak było. Staliśmy obok torów. Prócz nich były tylko drzewa.
-Jeżeli będziemy tu dalej stać pustkowie nie zniknie – powiedział spokojnie.
Zirytował mnie tymi słowami. Mimo tego wzięłam swoje rzeczy i podeszłam do niego.
-Prowadź – rzuciłam od niechcenia.
-Nie wiem gdzie, ale dobrze mogę prowadzić – uśmiechnął się.
-Chcesz mnie bardziej wystraszyć, prawda?
-Wątpię żeby mi się to udało.
-Dlaczego?
-Wyskoczyłaś w środku nocy z pociągu z nieznajomym. Nie znam bardziej odważnej dziewczyny.
-Albo głupiej – zauważyłam.
-Nie, odważnej.
Chłopak ruszył wolnym krokiem w stronę lasu, ale szarpnęłam go za rękaw.
-Powinnam się ciebie bać, prawda? – spytałam cicho.
-Nie. Uwierz mi…nic ci przy mnie nie grozi.
Nie za bardzo mu uwierzyłam, ale cóż…za głupotę trzeba płacić. W tym wypadku głupota nie jest jakąś błahą sprawą, ale całkowitą nieodpowiedzialnością. On może być kimkolwiek. Nie wiem o nim nic prócz tego co mi powiedział. Mógł kłamać. Całe życie przebywałam w otoczeniu kłamców i nagle nie potrafię rozpoznać czy ktoś jest uczciwy. Nagle potrafię tak łatwo…bez niczego zaufać.
Jesteś głupia Emily – po raz kolejny tego wieczora usłyszałam głos w mojej głowie.
JEGO pamiętnik:
Mój cel? Znaleźć ją i sprowadzić do domu. To może być trudne. Zwłaszcza, że ktoś podąża za nią jak cień i nic o nim nie wiem. Gdy nadejdzie okazja wyeliminuję go. Póki co…niech żyje. Może okazać się przydatny.
_________________________________________________________________________________
Jeżeli przeczytałeś skomentuj :) Proszę to dużo znaczy xx
czwartek, 26 czerwca 2014
2. Escape
-Słucham? – spytałam – to jakiś
żart?
-Nie, to jak najbardziej poważna
rozmowa – powiedział mój ojciec.
Kątem oka spojrzałam po reszcie
zgromadzonej przy stole. Ich twarzy były spokojne i poważne, zdeterminowane do
osiągnięcia wyznaczonego sobie celu. A tym celem są zaręczyny. Aż czuję ból gdy
o tym myślę.
Reakcja Louisa? Zacznijmy od
tego, że żadnej nie ma. Coś mi się wydaje, że o tym wiedział wcześniej.
-Czemu nikt mnie nie uprzedził?
– prawie krzyknęłam.
-Bo spodziewaliśmy się takiej
reakcji.
-Mam coś do powiedzenia w tej
sprawie?
-Szczerze? Nie bardzo.
Buntownicza ja chciała się w
tamtej chwili odezwać. Rzucić wszystkim tym co się dało w tych ludzi i sprawić
im największy ból jaki się da, ale wiedziałam, że to by się źle skończyło.
Zamiast tego kiwnęłam tylko głową na znak, że rozumiem i się zgadzam.
Mark Tomlinson klasnął w dłonie
i z wyraźnym zadowoleniem podsumował:
-No to mamy narzeczonych.
Wspaniale!
Spojrzałam na Louisa, który
lekko skinął mi głową i posłał chłodny, ale seksowny uśmiech. Nie byłam w
stanie tego odwzajemnić. Wbiłam wzrok w talerz i nie zabierałam głosu do końca
kolacji. Gdy już myślałam, że ta męczarnia dobiegnie końca i będę mogła wrócić
do domu moje plany pokrzyżował mój przyszły teść.
-Może zostawimy naszą parę na
moment samą? Powinni trochę się zapoznać.
Jego słowa wydały mi się tak
strasznie śmieszne, do tego stopnia absurdalne, że chciałam mu się zaśmiać
prosto w twarz. Jednak znowu poddałam się bez jakiejkolwiek próby walki i
posłusznie podążyłam za Louisem do jednego z mniejszych pomieszczeń.
Gdy tylko zamknęły się za nami
drzwi poczułam się nie komfortowo.
-Nie bądź taka spięta, rozluźnij
się – powiedział.
Na dźwięk jego głosu zadrżałam.
Był delikatny, ale pod tym słodkim tonem z pewnością kryło się zepsucie i inne
cechy typowe dla ludzi takich jak on. Takich jak ja.
-Mam nadzieje, że jesteś
świadomy, że mi się to nie podoba?
-Oczywiście, że mam, ale
szczerze mówiąc nie wiele mnie to obchodzi.
-No tak. Małżeństwo na papierku
nie jest niczym ważnym.
-Kto powiedział, że to będzie
tylko na papierku?
-Że…że co?
Zaśmiał się, ale nie ulegało
wątpliwości, że wcale go to nie śmieszy.
-Chyba nie myślałaś, że będzie
to na zasadzie białego małżeństwa, co?
-Ja…sama nie wiem…Nigdy nie
byłam w takiej sytuacji!
-I już nigdy nie będziesz.
Zostałaś skazana na bycie ze mną.
Nie znam Louisa, ale wnioskując
po tej rozmowie to chyba nie chcę go poznać.
-I co? Mam żyć jak przykładna
żonka witająca męża w drzwiach, spotykająca się tylko z kobietami, które on
zaakceptuje i nie będę mogła patrzeć na innych facetów? – zadrwiłam.
-Miło, że tak szybko to pojęłaś.
-Ty…ty chyba tak nie myślisz,
prawda?
Wzruszył ramionami.
-Jedyne co myślę to to, że moja
żona będzie spełniać wszystkie obowiązki przypisane żonie.
-Trochę szowinistyczny pogląd.
-Może i tak, ale coś czuję, że
trzeba będzie trzymać cię krótko. Jeżeli będziesz grzeczna to będę miły i będę
pozwalał ci na więcej.
-Obejdzie się bez tego.
-Jeszcze zobaczymy.
Przez moment mierzyliśmy się
wzrokiem, jednak przerwano nam. Nasi rodzice weszli do środka, więc
przybraliśmy niewinne miny.
-Jess na nas już czas –
powiedział mój tata.
-Nie daliśmy wam wiele czasu,
ale chyba zdążyliście się choć trochę polubić, prawda? – zaśmiał się Marc.
-Prawda – odpowiedzieliśmy
automatycznie.
*
Gdy tylko wróciliśmy do domu
rzuciłam buty w kąt i podążyłam w kierunku swojego pokoju. Jednak zatrzymali
mnie.
-I jak Louis? Świetny chłopak,
prawda? – zaczął tata.
-Nie powiedziałabym – zaczęłam
ostrożnie.
-Dlaczego? – mówiąc to
zmarszczył brwi, tak jak zawsze gdy szykuje się nieprzyjemna rozmowa.
-Jest szowinistą. Poza tym nie
mogliście mnie uprzedzić?
-Nie – odpowiedział krótko.
-Nie chcę za niego wychodzić!
-Ale to zrobisz. Koniec
dyskusji!
Chciałam powiedzieć coś nieprzyjemnego,
ale ugryzłam się w język. Pokiwałam głową i wycofałam się z pomieszczenia. Gdy
już byłam poza zasięgiem wzroku taty rzuciłam się biegiem do swojego pokoju.
Rzuciłam się na łóżko i pozwoliłam spłynąć łzom po moich policzkach. Minęło
dobrych kilka godzin za nim wreszcie wymyśliłam.
Zerwałam się z łóżka jak
poparzona i zaczęłam wrzucać najbardziej potrzebne rzeczy do torby. Na koniec
wzięłam pieniądze. Ubrałam się ciepło i po cichu opuściłam pokój. Nie mogłam
uwierzyć, że nikt mnie nie złapał.
Gdy byłam już w ogrodzie moja
dobra passa minęła. Ktoś mnie zauważył i kazał się zatrzymać. Ten ktoś miał
wyjątkowo delikatny głos jak na pracownika mego ojca, może jest nowy i łatwo
uda mi się go urobić. Po chwili zza krzaków wyszedł ten sam blondyn, na którego
rano wpadłam. Spojrzał się na mnie z niedowierzaniem, a potem na moją torbę
jakby chciał się upewnić, że rzeczywiście to robię.
-Proszę…-szepnęłam – pozwól mi
odejść.
Przygryzł wargę w zamyśleniu. Ta
decyzja mogła go wiele kosztować, ale pozwolił mi na to. Usunął się z mojej
drogi pozwalając odejść. Posłałam mu wdzięczne spojrzenie i pobiegłam jak
najszybciej umiałam. Zwolniłam dopiero gdy od domu dzieliło mnie już pięć
przecznic.
Udało się. Uciekłam. Tylko, co
ja teraz zrobię?
JEGO pamiętnik :
Wygląda na to, że próbuje uciec.
To tylko pogorszy jej sytuację, gdy wróci. Bo wróci. Dopilnuję tego.
_________________________________________________________________________________
_________________________________________________________________________________
Jeśli przeczytałeś to proszę skomentuj. To naprawdę dużo znaczy i motywuje do dalszego pisania :)
wtorek, 17 czerwca 2014
1. Unnormaly normal
Ludzie mówią, że w Londynie –
miejscu gdzie mieszkam - zawsze jest kolorowo. Muszę przyznać – coś w tym jest.
Rozrywek nigdy mi nie brakuje. Mimo wszystko brzmi dosyć dziwnie, prawda? Może
wyjaśnię to w ten sposób – moja rodzina nie jest do końca normalna. Choć po
osiemnastu latach życia z nimi zdążyłam przywyknąć, a to co nienormalne
zaliczyć do normalności. W takich realiach się wychowałam, rodzice wpajali mi
swoje przekonania, więc nic w tym dziwnego.
Kim jestem? Nikim. Zwykłym
pionkiem w wielkim świecie pełnym nielegalnych interesów. Interesów, którymi
zajmuje się moja rodzina. Większość osób drży na samo słowo mafia, a ja? Ja
wtedy myślę - moja rodzina, moje życie. Mimo wszystko miałam w miarę normalne
dzieciństwo. Bawiłam się z rówieśnikami, co z tego, że wszyscy pochodzili z
mojego środowiska. Chodziłam do szkoły i zdobywałam dobre stopnie, chodziłam na
dużą ilość zajęć i zawsze udało się dorosłym ubogacić mój plan o kilka godzin
„przygotowujących do zawodu”.
Narzekam? Nie, tylko mówię jak
było. Tak naprawdę zawsze byłam szczęśliwa. No właśnie…byłam. W chwili obecnej
bycie szczęśliwą jest dla mnie równie osiągalne, co podróże w czasie. Dlaczego?
Cóż oto moja historia:
01.07.2013 r.
Otwieram oczy. W pokoju panuje
półmrok. Odruchowo spoglądam w kierunku okna, zasłony są zaciągnięte. Wstaję i
odsłaniam widok rozciągający się za oknem. Niestety nie jest zbytnio
zachęcający. Wygląda na to, że to będzie wyjątkowy pochmurny, szary dzień nawet
jak na Londyn.
Wstaję z łóżka. Idę do łazienki.
Wychodzę z niej. Wchodzę do mojej ogromnej garderoby i zastanawiam się przez
moment, co ubrać, jednak już po chwili trzymam w moich delikatnych, nie
splamionych jakąkolwiek pracą dłoniach drogie ubrania. Nigdy mi ich nie brakuje
w końcu moja mama dla przykrywki ma sklepy z odzieżą. Tak wygląda każdy mój
poranek. Schodzę na dół. Przez cały czas zachowuję nienaganną postawę, nad
którą pracowałam przez kilka lat. W efekcie pokazuję swoją postawą, że uważam
się za lepszą od innych. Czy to prawda? Sama nie wiem. Weszłam do ogromnej
jadalni gdzie zazwyczaj spożywaliśmy posiłki.
-Trzy minuty spóźnienia –
mruknęła z niezadowoleniem moja mama.
-Przepraszam – odparłam i
zajęłam swoje stałe miejsce nakładając sobie na talerz to, co było pod ręką.
-Daj dziewczynie spokój –
obronił mnie tata – przed nią pracowity dzień.
-Słucham?
-Poznasz mojego współpracownika.
-Którego?
-Tomlinsona.
-Tego od ustawiania wyników
zakładów?
-Dokładnie tego.
-Po co? – jęknęłam.
-Żebyś zapoznała się z rodziną.
Tata często używał tego
określenia gdy mówił o ludziach podobnych jemu.
-To Jason przejmie interesy więc
nie rozumiem po co mnie zabierasz.
-Zobaczysz – odpowiedział
tajemniczo.
-Nienawidzę tych twoich planów.
-Ale dzięki nim zawsze masz się
dobrze.
W tym samym momencie na dół
zszedł mój starszy brat Jason. Właśnie on ma później zająć się interesami ojca.
Chwilowo jest w domu, większość czasu spędza za granicą pracując dla ojca i
jego „rodziny”.
Oczywiście mama się wydarła, że
za późno wstał. Normalne. Straszna z niej perfekcjonistka.
Nie przejął się zbytnio, właśnie
to jest jedna z tych rzeczy, przez które jest dla mnie wzorem.
Siadając rzucił przeciągłe
spojrzenie w stronę Jennifer – naszej pracownicy. Chwyta się każdej możliwej
pracy u nas bo dobrze płacimy. Nie tylko w domu, ale także sklepie mamy. Jednak
jak łatwo się domyślić moi rodzice traktują ją jak śmiecia. Nie wiedzą, że
Jason spotyka się z Jen w tajemnicy już od trzech lat! Ukrywają się z tym przez
różnicę ich stanowiska. Nie wiedzą nawet, że o tym wiem. Skąd mieliby wiedzieć.
Widziałam ich razem, ale nigdy się nie wychylałam. Tata uczył mnie, że niektóre
rzeczy lepiej obserwować z ukrycia i nie wychylać się, że się wie więcej niż
powinno.
Musiało minąć kilkanaście
długich minut za nim mogłam się uwolnić od tej przesłodzonej rodzinnej
atmosfery. To zdecydowanie nie moje klimaty. Krzyknęłam tylko, że idę się
przejść, i że wrócę szybko. W drzwiach wpadłam na blondyna, który u nas
pracował. Był chłopcem na posyłki. Przynieś to, załatw tamto. Standard. W jego
oczach dostrzegłam lekki strach. No tak, w końcu się ze mną zderzył. Robienie czegokolwiek,
co mogłoby nie spodobać się jego pracodawcy – w tym wypadku mojemu ojcu –
mogłoby spotkać się z karą.
Choć może on zawsze ma taki
wzrok? Za każdym razem jak go widzę sprawia wrażenie nieco zagubionego w tym
wszystkim. Próbowałam sobie przypomnieć jak chłopak ma na imię i dlaczego tu
trafił, ale nie potrafiłam. Zresztą to i tak nie istotne. Ludzie tacy jak on
nie liczą się.
Wyszłam na zewnątrz i ruszyłam w
kierunku parku. Przez całą drogę miałam wrażenie, że ktoś mi się przyglądał. Co
chwilę oglądałam się za siebie, ale nie zauważyłam niczego podejrzanego.
Uspokój się. To twoja chora
wyobraźnia – powtarzałam sobie w myślach.
Trochę się rozluźniłam, ale nie
mogłam pozbyć się wrażenia, że nie jestem sama, że ktoś podąża za mną jak cień.
Nie mogąc tego znieść wróciłam do domu. Zresztą w samą porę, mama już chciała
po mnie dzwonić. Chciała, żebym już zaczęła się przygotowywać na wieczorne
spotkanie z Tomlinsonami. Nie bardzo miałam na to ochotę, ale włożyłam w
przygotowania wszystkie siły. Nie chciałam ich zawieść.
Wieczorem przyjechaliśmy pod
ogromny dom Tomlinsonów. W środku
panował taki sam przepych jak na zewnątrz, albo i jeszcze większy.
-Witam moich gości! – usłyszałam
męski głos dobiegający z góry schodów.
Powoli do nas zszedł i przywitał
się serdecznie z moim ojcem.
-A to zapewne Emily?
-Tak, to ja. Miło mi pana poznać
– odpowiedziałam grzecznie.
Domyśliłam się, że rozmawiam z
panem Tomlinsonem. Po chwili dołączyła do niego jego żona, którą przedstawił
nam jako Jo, a także jego córki. Nie jestem pewna czy dobrze pamiętam, ale
chyba nazywały się Charlotte, Felicity oraz bliźniaczki Daisy i Phoebe.
Przeszliśmy do salonu i
podjęliśmy jakiś mało zobowiązujący temat. W końcu zjawił się on. Jego postawa
mówiła jasno, że ma osobie wysokie mniemanie. Głowa zadarta wysoko do góry,
wyzywające spojrzenie i pewny siebie uśmiech.
-A to mój syn Louis –
przedstawił nam chłopaka pan Tomlinson.
Przywitał się grzecznie z
wszystkimi, ale nie podlegało wątpliwości, że jest tym wszystkim niesamowicie znudzony.
-Cóż skoro najważniejsze osoby
już się pojawiły możemy przejść do konkretów – zaczął mój ojciec, a Mark
Tomlinson przejął pałeczkę.
-Chcemy mieć pewność, że
będziemy ze sobą już zawsze współpracować, a nasze interesy będą w jakimś
stopniu połączone. Dlatego najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie połączenie rodzin. Tak więc ustaliśmy, że
Emily – tu spojrzał na mnie – i Louis powinni się zaręczyć.
JEGO pamiętnik:
Myślę o niej. Dziwne? Chyba nie aż tak. Jest
niesamowita…nie, to zbyt mało powiedziane. Obserwowanie jej sprawia mi radość.
Czuję, że skupiam się na prawdziwym skarbie, a nie takich „skarbach” jak
zazwyczaj. Wszystko wokół mnie zaczyna wariować łącznie ze mną. Muszę znaleźć
sposób…okazję. Okazję by się do niej zbliżyć. Może wtedy dowie się o moim
istnieniu?
niedziela, 15 czerwca 2014
Prolog
Stoję przed ogromnym lustrem. Wpatruję się tępo w swoje
odbicie próbując odkryć dawną siebie, prawdziwą siebie. Ta osoba, którą widzę w
lustrze nie jest mną. Nie ma prawa być mną. A może jednak? Może teraz właśnie
taka jestem? Próbuję odgonić od siebie tą myśl, ale nieustannie powraca
sprawiając, że jest mi jeszcze ciężej.
Jeszcze nie jest za
późno by się wycofać.
Podpowiada głos w mojej głowie.
Mylisz się jest za późno,
o wiele za późno.
Nigdy nie jest.
Jeszcze możesz się wycofać.
I co zrobię? Gdzie
pójdę?
Poradzisz sobie.
Kłamstwo. Nie dam
rady.
Jesteś silna tyle razy
już to udowodniłaś.
I za każdym razem
pokazywano mi potem, że tak nie jest.
Nie daj im się złamać.
Już mnie złamali.
Wbili mi nóż w plecy.
Musiałam zakończyć wewnętrzny dialog gdyż usłyszałam pukanie
do drzwi.
-Proszę – powiedziałam ochrypniętym z nerwów głosem.
-Denerwujesz się – stwierdził.
Gdy tylko usłyszałam ten głos zrobiło mi się cieplej na
sercu. Ale co z tego? Za chwilę opuszczę go raz na zawsze. A on nic z tym nie
zrobi. Nie mógłby, a tym bardziej ja. Jestem tylko nic nieznaczącą dziewczyną w
ich chorej grze. Grze, w której stawką nie raz jest i życie.
Podszedł do mnie i delikatnie mnie objął. Musnął przy tym
wrażliwą skórę w zagłębieniu szyi. Cicho westchnęłam. Tak dobrze się czuję gdy
jest obok mnie. Tak bezpiecznie.
-Nie wolno nam…- szepnęłam ze smutkiem.
-Wiem – odrzekł przygnębionym głosem.
Odwróciłam się do niego przodem by jeszcze raz móc spojrzeć
w jego cudowne oczy. Jeszcze raz utonąć w nich i zapomnieć o całym okrutnym
świecie, który nie pozwolił nam nacieszyć się sobą. Widzę w nich przygnębienie
i bezradność. Nie umie się z tym pogodzić podobnie jak ja. Tyle, że on umie to
maskować przy reszcie. Gorzej ze mną. Ostatnie dni musiałam spędzić nie
wychodząc z pokoju. Wolę nie myśleć co by się z nim stało gdyby odkryto prawdę.
Napawam się tą chwilą. Rzadko kiedy mogłam patrzeć na niego
tak jak teraz, zawsze ktoś przy nas był. A teraz te momenty będą jeszcze
rzadsze o ile w ogóle będą miały jeszcze miejsce.
Oddycham głęboko starając się powstrzymać cisnące się do
oczu łzy.
-Nie płacz. Rozmażesz makijaż – mówi.
-Wodoodporny. Moja maska nie ucierpi.
Na słowo maska zaczyna się cicho śmiać.
-Ale będziesz czerwona. Powinnaś się uśmiechać.
Uśmiechać. Uśmiechać choć wcale nie jest mi do śmiechu.
Wręcz przeciwnie.
-W końcu to taki wspaniały dla mnie dzień – mruknęłam.
Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie bez słowa. Nagle usłyszałam
zbliżające się kroki. Idą tu.
-Musisz iść – wyszeptałam spanikowana.
Pokiwał z powagą głową. Za nim jednak się wycofał przycisnął
mnie do ściany i pocałował. Chciałam oddać się tej chwili całkowicie, bez
reszty, ale nie mogłam. Usłyszałam, że są coraz bliżej. Spojrzałam w kierunku
drzwi. Gdy znowu spojrzałam w jego stronę zorientowałam się, że już znikną za
drugimi drzwiami. Zostawił mnie samą ze złamanym już od dawna sercem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)