czwartek, 26 czerwca 2014

2. Escape

-Słucham? – spytałam – to jakiś żart?
-Nie, to jak najbardziej poważna rozmowa – powiedział mój ojciec.
Kątem oka spojrzałam po reszcie zgromadzonej przy stole. Ich twarzy były spokojne i poważne, zdeterminowane do osiągnięcia wyznaczonego sobie celu. A tym celem są zaręczyny. Aż czuję ból gdy o tym myślę.
Reakcja Louisa? Zacznijmy od tego, że żadnej nie ma. Coś mi się wydaje, że o tym wiedział wcześniej.
-Czemu nikt mnie nie uprzedził? – prawie krzyknęłam.
-Bo spodziewaliśmy się takiej reakcji.
-Mam coś do powiedzenia w tej sprawie?
-Szczerze? Nie bardzo.
Buntownicza ja chciała się w tamtej chwili odezwać. Rzucić wszystkim tym co się dało w tych ludzi i sprawić im największy ból jaki się da, ale wiedziałam, że to by się źle skończyło. Zamiast tego kiwnęłam tylko głową na znak, że rozumiem i się zgadzam.
Mark Tomlinson klasnął w dłonie i z wyraźnym zadowoleniem podsumował:
-No to mamy narzeczonych. Wspaniale!
Spojrzałam na Louisa, który lekko skinął mi głową i posłał chłodny, ale seksowny uśmiech. Nie byłam w stanie tego odwzajemnić. Wbiłam wzrok w talerz i nie zabierałam głosu do końca kolacji. Gdy już myślałam, że ta męczarnia dobiegnie końca i będę mogła wrócić do domu moje plany pokrzyżował mój przyszły teść.
-Może zostawimy naszą parę na moment samą? Powinni trochę się zapoznać.
Jego słowa wydały mi się tak strasznie śmieszne, do tego stopnia absurdalne, że chciałam mu się zaśmiać prosto w twarz. Jednak znowu poddałam się bez jakiejkolwiek próby walki i posłusznie podążyłam za Louisem do jednego z mniejszych pomieszczeń.
Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi poczułam się nie komfortowo.
-Nie bądź taka spięta, rozluźnij się – powiedział.
Na dźwięk jego głosu zadrżałam. Był delikatny, ale pod tym słodkim tonem z pewnością kryło się zepsucie i inne cechy typowe dla ludzi takich jak on. Takich jak ja.
-Mam nadzieje, że jesteś świadomy, że mi się to nie podoba?
-Oczywiście, że mam, ale szczerze mówiąc nie wiele mnie to obchodzi.
-No tak. Małżeństwo na papierku nie jest niczym ważnym.
-Kto powiedział, że to będzie tylko na papierku?
-Że…że co?
Zaśmiał się, ale nie ulegało wątpliwości, że wcale go to nie śmieszy.
-Chyba nie myślałaś, że będzie to na zasadzie białego małżeństwa, co?
-Ja…sama nie wiem…Nigdy nie byłam w takiej sytuacji!
-I już nigdy nie będziesz. Zostałaś skazana na bycie ze mną.
Nie znam Louisa, ale wnioskując po tej rozmowie to chyba nie chcę go poznać.
-I co? Mam żyć jak przykładna żonka witająca męża w drzwiach, spotykająca się tylko z kobietami, które on zaakceptuje i nie będę mogła patrzeć na innych facetów? – zadrwiłam.
-Miło, że tak szybko to pojęłaś.
-Ty…ty chyba tak nie myślisz, prawda?
Wzruszył ramionami.
-Jedyne co myślę to to, że moja żona będzie spełniać wszystkie obowiązki przypisane żonie.
-Trochę szowinistyczny pogląd.
-Może i tak, ale coś czuję, że trzeba będzie trzymać cię krótko. Jeżeli będziesz grzeczna to będę miły i będę pozwalał ci na więcej.



-Obejdzie się bez tego.
-Jeszcze zobaczymy.
Przez moment mierzyliśmy się wzrokiem, jednak przerwano nam. Nasi rodzice weszli do środka, więc przybraliśmy niewinne miny.
-Jess na nas już czas – powiedział mój tata.
-Nie daliśmy wam wiele czasu, ale chyba zdążyliście się choć trochę polubić, prawda? – zaśmiał się Marc.
-Prawda – odpowiedzieliśmy automatycznie.

*

Gdy tylko wróciliśmy do domu rzuciłam buty w kąt i podążyłam w kierunku swojego pokoju. Jednak zatrzymali mnie.
-I jak Louis? Świetny chłopak, prawda? – zaczął tata.
-Nie powiedziałabym – zaczęłam ostrożnie.
-Dlaczego? – mówiąc to zmarszczył brwi, tak jak zawsze gdy szykuje się nieprzyjemna rozmowa.
-Jest szowinistą. Poza tym nie mogliście mnie uprzedzić?
-Nie – odpowiedział krótko.
-Nie chcę za niego wychodzić!
-Ale to zrobisz. Koniec dyskusji!
Chciałam powiedzieć coś nieprzyjemnego, ale ugryzłam się w język. Pokiwałam głową i wycofałam się z pomieszczenia. Gdy już byłam poza zasięgiem wzroku taty rzuciłam się biegiem do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i pozwoliłam spłynąć łzom po moich policzkach. Minęło dobrych kilka godzin za nim wreszcie wymyśliłam.
Zerwałam się z łóżka jak poparzona i zaczęłam wrzucać najbardziej potrzebne rzeczy do torby. Na koniec wzięłam pieniądze. Ubrałam się ciepło i po cichu opuściłam pokój. Nie mogłam uwierzyć, że nikt mnie nie złapał.
Gdy byłam już w ogrodzie moja dobra passa minęła. Ktoś mnie zauważył i kazał się zatrzymać. Ten ktoś miał wyjątkowo delikatny głos jak na pracownika mego ojca, może jest nowy i łatwo uda mi się go urobić. Po chwili zza krzaków wyszedł ten sam blondyn, na którego rano wpadłam. Spojrzał się na mnie z niedowierzaniem, a potem na moją torbę jakby chciał się upewnić, że rzeczywiście to robię.
-Proszę…-szepnęłam – pozwól mi odejść.
Przygryzł wargę w zamyśleniu. Ta decyzja mogła go wiele kosztować, ale pozwolił mi na to. Usunął się z mojej drogi pozwalając odejść. Posłałam mu wdzięczne spojrzenie i pobiegłam jak najszybciej umiałam. Zwolniłam dopiero gdy od domu dzieliło mnie już pięć przecznic.
Udało się. Uciekłam. Tylko, co ja teraz zrobię?


JEGO pamiętnik :


Wygląda na to, że próbuje uciec. To tylko pogorszy jej sytuację, gdy wróci. Bo wróci. Dopilnuję tego. 

_________________________________________________________________________________

Jeśli przeczytałeś to proszę skomentuj. To naprawdę dużo znaczy i motywuje do dalszego pisania :)

wtorek, 17 czerwca 2014

1. Unnormaly normal

Ludzie mówią, że w Londynie – miejscu gdzie mieszkam - zawsze jest kolorowo. Muszę przyznać – coś w tym jest. Rozrywek nigdy mi nie brakuje. Mimo wszystko brzmi dosyć dziwnie, prawda? Może wyjaśnię to w ten sposób – moja rodzina nie jest do końca normalna. Choć po osiemnastu latach życia z nimi zdążyłam przywyknąć, a to co nienormalne zaliczyć do normalności. W takich realiach się wychowałam, rodzice wpajali mi swoje przekonania, więc nic w tym dziwnego.
Kim jestem? Nikim. Zwykłym pionkiem w wielkim świecie pełnym nielegalnych interesów. Interesów, którymi zajmuje się moja rodzina. Większość osób drży na samo słowo mafia, a ja? Ja wtedy myślę - moja rodzina, moje życie. Mimo wszystko miałam w miarę normalne dzieciństwo. Bawiłam się z rówieśnikami, co z tego, że wszyscy pochodzili z mojego środowiska. Chodziłam do szkoły i zdobywałam dobre stopnie, chodziłam na dużą ilość zajęć i zawsze udało się dorosłym ubogacić mój plan o kilka godzin „przygotowujących do zawodu”.
Narzekam? Nie, tylko mówię jak było. Tak naprawdę zawsze byłam szczęśliwa. No właśnie…byłam. W chwili obecnej bycie szczęśliwą jest dla mnie równie osiągalne, co podróże w czasie. Dlaczego? Cóż oto moja historia:

01.07.2013 r.

Otwieram oczy. W pokoju panuje półmrok. Odruchowo spoglądam w kierunku okna, zasłony są zaciągnięte. Wstaję i odsłaniam widok rozciągający się za oknem. Niestety nie jest zbytnio zachęcający. Wygląda na to, że to będzie wyjątkowy pochmurny, szary dzień nawet jak na Londyn.
Wstaję z łóżka. Idę do łazienki. Wychodzę z niej. Wchodzę do mojej ogromnej garderoby i zastanawiam się przez moment, co ubrać, jednak już po chwili trzymam w moich delikatnych, nie splamionych jakąkolwiek pracą dłoniach drogie ubrania. Nigdy mi ich nie brakuje w końcu moja mama dla przykrywki ma sklepy z odzieżą. Tak wygląda każdy mój poranek. Schodzę na dół. Przez cały czas zachowuję nienaganną postawę, nad którą pracowałam przez kilka lat. W efekcie pokazuję swoją postawą, że uważam się za lepszą od innych. Czy to prawda? Sama nie wiem. Weszłam do ogromnej jadalni gdzie zazwyczaj spożywaliśmy posiłki.
-Trzy minuty spóźnienia – mruknęła z niezadowoleniem moja mama.
-Przepraszam – odparłam i zajęłam swoje stałe miejsce nakładając sobie na talerz to, co było pod ręką.
-Daj dziewczynie spokój – obronił mnie tata – przed nią pracowity dzień.
-Słucham?
-Poznasz mojego współpracownika.
-Którego?
-Tomlinsona.
-Tego od ustawiania wyników zakładów?
-Dokładnie tego.
-Po co? – jęknęłam.
-Żebyś zapoznała się z rodziną.
Tata często używał tego określenia gdy mówił o ludziach podobnych jemu.
-To Jason przejmie interesy więc nie rozumiem po co mnie zabierasz.
-Zobaczysz – odpowiedział tajemniczo.
-Nienawidzę tych twoich planów.
-Ale dzięki nim zawsze masz się dobrze.
W tym samym momencie na dół zszedł mój starszy brat Jason. Właśnie on ma później zająć się interesami ojca. Chwilowo jest w domu, większość czasu spędza za granicą pracując dla ojca i jego „rodziny”.
Oczywiście mama się wydarła, że za późno wstał. Normalne. Straszna z niej perfekcjonistka.
Nie przejął się zbytnio, właśnie to jest jedna z tych rzeczy, przez które jest dla mnie wzorem.
Siadając rzucił przeciągłe spojrzenie w stronę Jennifer – naszej pracownicy. Chwyta się każdej możliwej pracy u nas bo dobrze płacimy. Nie tylko w domu, ale także sklepie mamy. Jednak jak łatwo się domyślić moi rodzice traktują ją jak śmiecia. Nie wiedzą, że Jason spotyka się z Jen w tajemnicy już od trzech lat! Ukrywają się z tym przez różnicę ich stanowiska. Nie wiedzą nawet, że o tym wiem. Skąd mieliby wiedzieć. Widziałam ich razem, ale nigdy się nie wychylałam. Tata uczył mnie, że niektóre rzeczy lepiej obserwować z ukrycia i nie wychylać się, że się wie więcej niż powinno.
Musiało minąć kilkanaście długich minut za nim mogłam się uwolnić od tej przesłodzonej rodzinnej atmosfery. To zdecydowanie nie moje klimaty. Krzyknęłam tylko, że idę się przejść, i że wrócę szybko. W drzwiach wpadłam na blondyna, który u nas pracował. Był chłopcem na posyłki. Przynieś to, załatw tamto. Standard. W jego oczach dostrzegłam lekki strach. No tak, w końcu się ze mną zderzył. Robienie czegokolwiek, co mogłoby nie spodobać się jego pracodawcy – w tym wypadku mojemu ojcu – mogłoby spotkać się z karą.
Choć może on zawsze ma taki wzrok? Za każdym razem jak go widzę sprawia wrażenie nieco zagubionego w tym wszystkim. Próbowałam sobie przypomnieć jak chłopak ma na imię i dlaczego tu trafił, ale nie potrafiłam. Zresztą to i tak nie istotne. Ludzie tacy jak on nie liczą się.
Wyszłam na zewnątrz i ruszyłam w kierunku parku. Przez całą drogę miałam wrażenie, że ktoś mi się przyglądał. Co chwilę oglądałam się za siebie, ale nie zauważyłam niczego podejrzanego.
Uspokój się. To twoja chora wyobraźnia – powtarzałam sobie w myślach.
Trochę się rozluźniłam, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że nie jestem sama, że ktoś podąża za mną jak cień. Nie mogąc tego znieść wróciłam do domu. Zresztą w samą porę, mama już chciała po mnie dzwonić. Chciała, żebym już zaczęła się przygotowywać na wieczorne spotkanie z Tomlinsonami. Nie bardzo miałam na to ochotę, ale włożyłam w przygotowania wszystkie siły. Nie chciałam ich zawieść.
Wieczorem przyjechaliśmy pod ogromny dom Tomlinsonów.  W środku panował taki sam przepych jak na zewnątrz, albo i jeszcze większy.
-Witam moich gości! – usłyszałam męski głos dobiegający z góry schodów.
Powoli do nas zszedł i przywitał się serdecznie z moim ojcem.
-A to zapewne Emily?
-Tak, to ja. Miło mi pana poznać – odpowiedziałam grzecznie.
Domyśliłam się, że rozmawiam z panem Tomlinsonem. Po chwili dołączyła do niego jego żona, którą przedstawił nam jako Jo, a także jego córki. Nie jestem pewna czy dobrze pamiętam, ale chyba nazywały się Charlotte, Felicity oraz bliźniaczki Daisy i Phoebe.
Przeszliśmy do salonu i podjęliśmy jakiś mało zobowiązujący temat. W końcu zjawił się on. Jego postawa mówiła jasno, że ma osobie wysokie mniemanie. Głowa zadarta wysoko do góry, wyzywające spojrzenie i pewny siebie uśmiech.
-A to mój syn Louis – przedstawił nam chłopaka pan Tomlinson.
Przywitał się grzecznie z wszystkimi, ale nie podlegało wątpliwości, że jest tym wszystkim niesamowicie znudzony.
-Cóż skoro najważniejsze osoby już się pojawiły możemy przejść do konkretów – zaczął mój ojciec, a Mark Tomlinson przejął pałeczkę.
-Chcemy mieć pewność, że będziemy ze sobą już zawsze współpracować, a nasze interesy będą w jakimś stopniu połączone. Dlatego najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie  połączenie rodzin. Tak więc ustaliśmy, że Emily – tu spojrzał na mnie – i Louis powinni się zaręczyć.

JEGO pamiętnik:

Myślę o niej. Dziwne? Chyba nie aż tak. Jest niesamowita…nie, to zbyt mało powiedziane. Obserwowanie jej sprawia mi radość. Czuję, że skupiam się na prawdziwym skarbie, a nie takich „skarbach” jak zazwyczaj. Wszystko wokół mnie zaczyna wariować łącznie ze mną. Muszę znaleźć sposób…okazję. Okazję by się do niej zbliżyć. Może wtedy dowie się o moim istnieniu?


niedziela, 15 czerwca 2014

Prolog

Stoję przed ogromnym lustrem. Wpatruję się tępo w swoje odbicie próbując odkryć dawną siebie, prawdziwą siebie. Ta osoba, którą widzę w lustrze nie jest mną. Nie ma prawa być mną. A może jednak? Może teraz właśnie taka jestem? Próbuję odgonić od siebie tą myśl, ale nieustannie powraca sprawiając, że jest mi jeszcze ciężej.
Jeszcze nie jest za późno by się wycofać.
Podpowiada głos w mojej głowie.
Mylisz się jest za późno, o wiele za późno.
Nigdy nie jest. Jeszcze możesz się wycofać.
I co zrobię? Gdzie pójdę?
Poradzisz sobie.
Kłamstwo. Nie dam rady.
Jesteś silna tyle razy już to udowodniłaś.
I za każdym razem pokazywano mi potem, że tak nie jest.
Nie daj im się złamać.
Już mnie złamali. Wbili mi nóż w plecy.
Musiałam zakończyć wewnętrzny dialog gdyż usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę – powiedziałam ochrypniętym z nerwów głosem.
-Denerwujesz się – stwierdził.
Gdy tylko usłyszałam ten głos zrobiło mi się cieplej na sercu. Ale co z tego? Za chwilę opuszczę go raz na zawsze. A on nic z tym nie zrobi. Nie mógłby, a tym bardziej ja. Jestem tylko nic nieznaczącą dziewczyną w ich chorej grze. Grze, w której stawką nie raz jest i życie.
Podszedł do mnie i delikatnie mnie objął. Musnął przy tym wrażliwą skórę w zagłębieniu szyi. Cicho westchnęłam. Tak dobrze się czuję gdy jest obok mnie. Tak bezpiecznie.
-Nie wolno nam…- szepnęłam ze smutkiem.
-Wiem – odrzekł przygnębionym głosem.
Odwróciłam się do niego przodem by jeszcze raz móc spojrzeć w jego cudowne oczy. Jeszcze raz utonąć w nich i zapomnieć o całym okrutnym świecie, który nie pozwolił nam nacieszyć się sobą. Widzę w nich przygnębienie i bezradność. Nie umie się z tym pogodzić podobnie jak ja. Tyle, że on umie to maskować przy reszcie. Gorzej ze mną. Ostatnie dni musiałam spędzić nie wychodząc z pokoju. Wolę nie myśleć co by się z nim stało gdyby odkryto prawdę.
Napawam się tą chwilą. Rzadko kiedy mogłam patrzeć na niego tak jak teraz, zawsze ktoś przy nas był. A teraz te momenty będą jeszcze rzadsze o ile w ogóle będą miały jeszcze miejsce.
Oddycham głęboko starając się powstrzymać cisnące się do oczu łzy.
-Nie płacz. Rozmażesz makijaż – mówi.
-Wodoodporny. Moja maska nie ucierpi.
Na słowo maska zaczyna się cicho śmiać.
-Ale będziesz czerwona. Powinnaś się uśmiechać.
Uśmiechać. Uśmiechać choć wcale nie jest mi do śmiechu. Wręcz przeciwnie.
-W końcu to taki wspaniały dla mnie dzień – mruknęłam.
Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie bez słowa. Nagle usłyszałam zbliżające się kroki. Idą tu.
-Musisz iść – wyszeptałam spanikowana.
Pokiwał z powagą głową. Za nim jednak się wycofał przycisnął mnie do ściany i pocałował. Chciałam oddać się tej chwili całkowicie, bez reszty, ale nie mogłam. Usłyszałam, że są coraz bliżej. Spojrzałam w kierunku drzwi. Gdy znowu spojrzałam w jego stronę zorientowałam się, że już znikną za drugimi drzwiami. Zostawił mnie samą ze złamanym już od dawna sercem.