-Słucham? – spytałam – to jakiś
żart?
-Nie, to jak najbardziej poważna
rozmowa – powiedział mój ojciec.
Kątem oka spojrzałam po reszcie
zgromadzonej przy stole. Ich twarzy były spokojne i poważne, zdeterminowane do
osiągnięcia wyznaczonego sobie celu. A tym celem są zaręczyny. Aż czuję ból gdy
o tym myślę.
Reakcja Louisa? Zacznijmy od
tego, że żadnej nie ma. Coś mi się wydaje, że o tym wiedział wcześniej.
-Czemu nikt mnie nie uprzedził?
– prawie krzyknęłam.
-Bo spodziewaliśmy się takiej
reakcji.
-Mam coś do powiedzenia w tej
sprawie?
-Szczerze? Nie bardzo.
Buntownicza ja chciała się w
tamtej chwili odezwać. Rzucić wszystkim tym co się dało w tych ludzi i sprawić
im największy ból jaki się da, ale wiedziałam, że to by się źle skończyło.
Zamiast tego kiwnęłam tylko głową na znak, że rozumiem i się zgadzam.
Mark Tomlinson klasnął w dłonie
i z wyraźnym zadowoleniem podsumował:
-No to mamy narzeczonych.
Wspaniale!
Spojrzałam na Louisa, który
lekko skinął mi głową i posłał chłodny, ale seksowny uśmiech. Nie byłam w
stanie tego odwzajemnić. Wbiłam wzrok w talerz i nie zabierałam głosu do końca
kolacji. Gdy już myślałam, że ta męczarnia dobiegnie końca i będę mogła wrócić
do domu moje plany pokrzyżował mój przyszły teść.
-Może zostawimy naszą parę na
moment samą? Powinni trochę się zapoznać.
Jego słowa wydały mi się tak
strasznie śmieszne, do tego stopnia absurdalne, że chciałam mu się zaśmiać
prosto w twarz. Jednak znowu poddałam się bez jakiejkolwiek próby walki i
posłusznie podążyłam za Louisem do jednego z mniejszych pomieszczeń.
Gdy tylko zamknęły się za nami
drzwi poczułam się nie komfortowo.
-Nie bądź taka spięta, rozluźnij
się – powiedział.
Na dźwięk jego głosu zadrżałam.
Był delikatny, ale pod tym słodkim tonem z pewnością kryło się zepsucie i inne
cechy typowe dla ludzi takich jak on. Takich jak ja.
-Mam nadzieje, że jesteś
świadomy, że mi się to nie podoba?
-Oczywiście, że mam, ale
szczerze mówiąc nie wiele mnie to obchodzi.
-No tak. Małżeństwo na papierku
nie jest niczym ważnym.
-Kto powiedział, że to będzie
tylko na papierku?
-Że…że co?
Zaśmiał się, ale nie ulegało
wątpliwości, że wcale go to nie śmieszy.
-Chyba nie myślałaś, że będzie
to na zasadzie białego małżeństwa, co?
-Ja…sama nie wiem…Nigdy nie
byłam w takiej sytuacji!
-I już nigdy nie będziesz.
Zostałaś skazana na bycie ze mną.
Nie znam Louisa, ale wnioskując
po tej rozmowie to chyba nie chcę go poznać.
-I co? Mam żyć jak przykładna
żonka witająca męża w drzwiach, spotykająca się tylko z kobietami, które on
zaakceptuje i nie będę mogła patrzeć na innych facetów? – zadrwiłam.
-Miło, że tak szybko to pojęłaś.
-Ty…ty chyba tak nie myślisz,
prawda?
Wzruszył ramionami.
-Jedyne co myślę to to, że moja
żona będzie spełniać wszystkie obowiązki przypisane żonie.
-Trochę szowinistyczny pogląd.
-Może i tak, ale coś czuję, że
trzeba będzie trzymać cię krótko. Jeżeli będziesz grzeczna to będę miły i będę
pozwalał ci na więcej.
-Obejdzie się bez tego.
-Jeszcze zobaczymy.
Przez moment mierzyliśmy się
wzrokiem, jednak przerwano nam. Nasi rodzice weszli do środka, więc
przybraliśmy niewinne miny.
-Jess na nas już czas –
powiedział mój tata.
-Nie daliśmy wam wiele czasu,
ale chyba zdążyliście się choć trochę polubić, prawda? – zaśmiał się Marc.
-Prawda – odpowiedzieliśmy
automatycznie.
*
Gdy tylko wróciliśmy do domu
rzuciłam buty w kąt i podążyłam w kierunku swojego pokoju. Jednak zatrzymali
mnie.
-I jak Louis? Świetny chłopak,
prawda? – zaczął tata.
-Nie powiedziałabym – zaczęłam
ostrożnie.
-Dlaczego? – mówiąc to
zmarszczył brwi, tak jak zawsze gdy szykuje się nieprzyjemna rozmowa.
-Jest szowinistą. Poza tym nie
mogliście mnie uprzedzić?
-Nie – odpowiedział krótko.
-Nie chcę za niego wychodzić!
-Ale to zrobisz. Koniec
dyskusji!
Chciałam powiedzieć coś nieprzyjemnego,
ale ugryzłam się w język. Pokiwałam głową i wycofałam się z pomieszczenia. Gdy
już byłam poza zasięgiem wzroku taty rzuciłam się biegiem do swojego pokoju.
Rzuciłam się na łóżko i pozwoliłam spłynąć łzom po moich policzkach. Minęło
dobrych kilka godzin za nim wreszcie wymyśliłam.
Zerwałam się z łóżka jak
poparzona i zaczęłam wrzucać najbardziej potrzebne rzeczy do torby. Na koniec
wzięłam pieniądze. Ubrałam się ciepło i po cichu opuściłam pokój. Nie mogłam
uwierzyć, że nikt mnie nie złapał.
Gdy byłam już w ogrodzie moja
dobra passa minęła. Ktoś mnie zauważył i kazał się zatrzymać. Ten ktoś miał
wyjątkowo delikatny głos jak na pracownika mego ojca, może jest nowy i łatwo
uda mi się go urobić. Po chwili zza krzaków wyszedł ten sam blondyn, na którego
rano wpadłam. Spojrzał się na mnie z niedowierzaniem, a potem na moją torbę
jakby chciał się upewnić, że rzeczywiście to robię.
-Proszę…-szepnęłam – pozwól mi
odejść.
Przygryzł wargę w zamyśleniu. Ta
decyzja mogła go wiele kosztować, ale pozwolił mi na to. Usunął się z mojej
drogi pozwalając odejść. Posłałam mu wdzięczne spojrzenie i pobiegłam jak
najszybciej umiałam. Zwolniłam dopiero gdy od domu dzieliło mnie już pięć
przecznic.
Udało się. Uciekłam. Tylko, co
ja teraz zrobię?
JEGO pamiętnik :
Wygląda na to, że próbuje uciec.
To tylko pogorszy jej sytuację, gdy wróci. Bo wróci. Dopilnuję tego.
_________________________________________________________________________________
_________________________________________________________________________________
Jeśli przeczytałeś to proszę skomentuj. To naprawdę dużo znaczy i motywuje do dalszego pisania :)